czwartek, 13 listopada 2014

Inicjatywa!

Jeśli to opowiadanie czytają autorzy podobnych blogów mam do was kluczowe pytanie: co o nim myślicie? Jeśli się wam podoba mam pewną propozycję: możemy nawzajem pomóc sobie promować te swoje "wypociny". Podeślijcie mi linki swoich dzieł w zakładce: Informowani- z chęcią poczytam coś świeżego i zaznaczę u siebie jako ulubione po czym, jeśli naprawdę zwrócą moją uwagę, spróbuję systematycznie czytać i komentować. Serio potrzebuję jakiejś ciekawej lektury, bo nie wyrabiam xD
W zamian oczywiście oczekuję tego samego (chodzi mi o uwzględnienie w zakłądce: "Czytane" czy jak tam kto to nazywa xD) ;)
Jeśli ktoś jest zainteresowany wiecie co robić :***

xOxO diem.carpe

wtorek, 11 listopada 2014

Rozdział 14. Jeden krok na przód, Tysiąc w tył.




Dobra, streszczam się, bo jest już późno a jutro szkoła i trzeba się wyspać. 
Dziękuję wszystkim, którzy czekali na nowy rozdział a przede wszystkim komentatorom. Wybaczcie, że nie odpisałam na wszystkie cudowne komentarze, ale mam nadzieję, że ten rozdział to wystarczająca i satysfakcjonująca odpowiedź ;)

Enjoy :***




- Eleno, musisz chociaż spróbować ze mną porozmawiać!- krzyknął Damon, po raz kolejny waląc pięścią w drzwi jej pokoju. Gdy znów nie przyniosło to oczekiwanego rezultatu konął je tak, że aż zatrzęsły się w zawiasach.
- Daj mi święty spokój- warknęła Elena, stająjąc w progu z miną, wyrażającą żądzę mordu, jednak zanim zdołała zaprotestować Damon bezceremonialnie wepchnął ją do środka po czym zatrzasnął za nimi drzwi, zamykając ją w potrzasku.
- Jesteś nienormalny- obruszyła się dziewczyna, zakładając ręce na piersi. Nie zamierzała tym razem tak łatwo mu ulec.
- Słoneczko, jestem zdolny do wszystkiego- odparł z kpiącym uśmiechem i zbliżył się do niej na odległość pocałunku z nieprzeniknionym wyrazem twarzy- a teraz mnie wysłuchasz i  nie będziesz przerywać, dopóki nie skończę, jasne?- dodał, gdy już otwierała usta, żeby zaprotestować. Elena zmrużyła oczy i wzruszyła ramionami z wyuczoną obojętnością, opierając ręce na biodrach wyzywająco.
- Mów- zarządziła a przez jego twarz przemknął cień uśmiechu.
- Wiesz, że musieliśmy coś zrobić- powiedział, intensywnie wpatrując się w jej twarz, chcąc wyłapać każdy pojedynczy ruch mięśnia, każdą emocję w jej oczach, każdy grymas, każdą reakcję na jego kolejne słowa- chciałaś, żeby Jeremy zabijał przypadkowych ludzi, swoich najbliższych? On tego nie kontroluje, mógłby skrzywdzić ciebie lub któregoś ze swoich przyjaciół.... Tych ludzi, których wtedy zabił... Profesora Shane'a i resztę... Przemienił ich ktoś inny, nie ja. Nie zrobiłbym ci tego i dobrze o tym wiesz, choć teraz jesteś zbyt rozżalona, żeby to przyznać.
Elena już otwierała usta, by zaprotestować, ale Damon uciszył ją jednym ruchem ręki.
- Miałaś mi nie przerywać- przypomniał jej z delikatnym uśmiechem. Jej niecierpliwość i porywczość w takich sytuacjach niezmiennie go bawiła i chwytała za serce. Uwielbiał w niej to zdecydowanie, tę stanowczość i waleczność, choć wielokrotnie doprowadzała go tym do białej gorączki- wybraliśmy najlepsze rozwiązanie, bo nie chcieliśmy, żeby Klaus się mieszał. Wiesz, że by to zrobił, wiesz jaki jest niecierpliwy i jak zależy mu na czasie. A on nie dbałby o to, kogo Jeremy morduje. Zrobiliśmy, co było konieczne, żeby to zakończyć raz na zawsze. Mogliśmy to kontrolować w warunkach niemal laboratoryjnych...
- Więc zrobiliście z mojego brata królika doświadczalnego- stwierdziła Elena głosem opanowanym, beznamiętnym - prywatną marionetkę, zabójcę na zamówienie. Nie zastanawialiście  się nawet nad tym, jak będzie się czuł po tym wszystkim...
- Na pewno lepiej, niż gdyby wmieszali się w to Pierwotni lub gdyby sam na własną rękę szukał sobie ofiar- odparł Damon- sama widziałaś jak to wygląda wtedy, gdy byliśmy w Mystick Falls. On tego nie kontroluje i potrzebuje stałej opieki, dwadzieścia cztery na dobę. W tym stanie jest zdolny do wszystkiego...
- I kolejne morderstwa mają nam w tym pomóc?- zironizowała dziewczyna, zaciskając usta w cienką linię. W tej całej sytuacji czuła się jak zwierzę w potrzasku bez szansy na ratunek. Była bezsilna, oszukana przez najbliższych, zdradzona. Pragnęła tylko jednego: odzyskać brata a tymczasem wszystko tylko bardziej się komplikowało. Miała już tego dosyć i była naprawdę zmęczona tą nieustającą walka i przepychankami. Ledwo panowała nad złością słuchając kolejnych tłumaczeń Damona.
- Eleno powtarzam ci: do tego doszłoby tak czy siak. Chyba lepiej, że to dzieje się pod naszym okiem, prawda?- zapewniał ją- Bonnie i Ben zajmują się znalezieniem sposobu na przywrócenie Jerowi względnej normalności a ja w tym czasie wyjeżdżam poza granice Mystick Falls szukać najokrutniejszych oprychów, przemieniam ich i przywożę ich do Jeremiego, który ich zabija. Można powiedzieć, że przysługujemy się społeczeństwu, sama przyznasz- dodał żartobliwie, ale Elena tylko pokręciła głową i odwróciła się do niego plecami, wpatrując się w widok za oknem.
- Pocieszające- prychnęła z kpiną.
Na moment zapadła kompletna cisza, przerywana jedynie ich nierównymi oddechami, przełykaniem śliny i przyspieszonym biciem serc. Damon wyczekująco wpatrywał się w jej plecy a gdy w końcu odwrociła się do niego przodem w jej oczach ujrzał jakiś zacięty błysk, jakby probowała zachować zimną krew i nie okazywać emocji.
- Ilu?- spytała po prostu, zaciskając zęby. Damon zmarszczył brwi, początkowo nie rozumiejąc jej pytania.
- Ilu ludzi zabił?- wyjaśniła cicho- przed wyjazdem miał na koncie dwadzieścia trzy morderstwa. A teraz?
Damon zacisnął dłonie w pięśni i głośno przełknął ślinę po czym spojrzał jej prosto w oczy ze współczuciem. Nie wiedział, jak ma jej to powiedzieć, jak powinien wyjawić jej tak szokującą prawdę. Chciał jej oszczędzić bólu a tymczasem sam nieustannie ją ranił i doprowadzał do płaczu.
 To było nie fair. Nie fair w stosunku do niej. Jednak większą niespraweidliwościa było okłamywanie jej.
- Czterdziestu trzech- oznajmił w końcu szybko, tak szybko jak odrywa się plaster, żeby mniej bolało. Elena zamarła zszokowana a przed jej oczami pojawiły się czarne mroczki. Musiała przysiąść na brzegu łóżka, żeby nie upaść, cała się trzęsła a z jej oczu wyczytał czyste przerażenie. W jej głowie nieustannie chuczała jedna myśl:
" Dwadzieścia ofiar Jeremiego Gilberta. Mój braciszek zabił dwadziścia osób w ciągu tygodnia, czterdzieści trzy  w ciągu dwóch tygodni...."

- Dwadzieścia...- wyszeptała bezwiednie, zaciskając dłonie w pięści- o mój Boże...
Damon cierpiał razem z nią, obserwując jej wewnętrzną walkę i łzy, które powoli toczyły się po jej gładziutkich policzkach. Po raz kolejny tego dnia pomyślał, że to przeciez nie fair.
- Nie chcę was więcej widzieć- powiedziała Elena nienaturalnie spokojnym głosem, wbijając w Damona rozszlałe spojrzenie płonących czekoladowych tęczówek- wynoś się w tej chwili!- krzyknęła, ręką wskazując drzwi i odwracając wzrok, wpatrując się intensywnie w jakiś nieokreślony punkt na ścianie.
Przez twarz Damona przemknął grymas bólu, ale posłusznie skinął głową i bez słowa ruszył w stronę wyjścia. Gdy był już przy drzwiach zatrzymał się i odwrócił do niej, ściągając na siebie jej zbolałe, rozżalone spojrzenie. 
- Och i jeszcze jedno- powiedział głosem z pozoru wesołym- nie wiń Bonnie i Bena, to był mój pomysł. Oni z początku próbowali mnie powstrzymać, ale sama wiesz jaki jestem- tu obarzył ją olśniewającym uśmiechem- w końcu zrozumieli oczywistą oczywistość: mój plan, jak wszystkie inne zresztą, był genialny- dodał i wyszedł.
Elena jeszcze długo po tym, jak w pokoju została sama wpatrywała się drzwi z niedowierzaniem i w końcu, zmęczona tym dniem i wszystkimi rewelacjami, jakich dziś doświadczyła opadła na poduszki i wybuchnęła niepohamowanym płaczem. Jej szlochy i krzyki tłumiła pościel, w którą wsciąkała każda jej łza. Tej nocy Elena już nie zmrużyła oka.

****


Jak zwykle wieczorem podzielili się na drużyny i patrolowali teren Mystick Falls w nadzieji na odnalezienie wampira, który kilka tygodni temu ich sabotował. Matt, który uparł się im pomóc, zajął się centralną częścią miasta, Caroline i Klaus lasem i obrzeżami natomiast Rebekah i Stefan granicą, którą obchodzili z dwóch różnych stron, co jakiś czas spotykając się po drodze. To mogło być naprawdę męczące, zwłaszcza, że nic ciekawego się nie działo, co Pierowotni zwykli zaznaczać średnio raz na pięć minut.
Rebekah właśnie po raz kolejny psioczyła pod nosem na nudę i marazm, które towarzyszyły jej od przeszło tygodnia, gdy niespodziewanie coś przykuło jej uwagę. Zapach, słaby acz wyczuwalny. Kobieta zatrzymała się gwałtownie i z miną znawcy wciągnęła głęboko aromat, niesiony wiosennym wiatrem do płuc, analizując go przez chwilę. Mięta z ledwie rozpoznawalną nutką lawendy  i ludzka krew, zleżała i należąca do więcej niż jednej  osoby.
Wiedziona instynktem w wampirzym tempie ruszyła w kierunku źródła tajemniczej woni i już po chwili ściskała gardło chowającej się za drzewem, podstępnej kreatury.
- Proszę proszę, czyżbym miała zaszczyt spotkać jedną z dwóch największych suk na tej planecie?- wycedziła przez zaciśnięte zęby, wzmacniając ucisk do tego stopnia, że dziewczyna zaczęła się dusić. Jej czekoladowe, zdradzieckie oczy zaszły mgłą a kącikami ust wyciekły strużki śliny. Rebekah skrzywiła się teatralnie.
- Co jak co, ale po Katherine Pierce spodziewałam sie jednak więcej klasy- stwierdziła z obrzydzeniem i bez najmniejszego trudu rzuciła dziewczyną niczym workiem kartofli pozwalając, by ta z wielkim chukiem rozbiła się na drzewie pięć metrów dalej. Wampirzyca podniosła się z ziemii cała brudna i rozczochrana, co wywołała kpiący uśmiech Pierwotnej blondynki.
- Na kim się pożywiałaś Kath?- spytała z drwiną- bo chyba powinnaś zmienić dietę. Nie wyglądasz najlepiej.
Istotnie, Katherine wyglądała jak człowiek, przechodzący grypę- jej skóra była poszarzała, oczy podkrążone i nienaturalnie błyszczące, cała drżała i ledwo trzymała się na nogach a brodę i szyję, podobnie jak niebieską sukienkę, ubroczoną miała zaschniętą krwią. To było naprawdę zabawne, ale nim Rebekah zdołała wygłosić kolejna kąśliwą uwagę niespodziewanie dołączył do nich Stefan, który zamarł na widok brunetki.
- Co ty tu robisz?- zapytał ni to ze zdziwieniem ni z pretensją w głosie. Rebekah przewróciła oczami, gdy na twarzy Katherine pojawił się szatański usmiech na widok Salvatore'a a jej oczy w mig przybrały  ten cielęcy wyraz który pojawiał się zawsze, gdy próbowała wzbudzić czyjeś współczucie. Brunetka wyprostowała się, wygładziła sukienkę i  z roztargnieniem otarła usta, posyłając Stefanowi niepewny uśmiech. On wciąż lustrował ją wzrokiem, zapewne nie spodziewając się jej ujrzeć w najbliżyszm czasie a już na pewno nie w takim wydaniu.
Panna Pierce zawsze była perfekcjonistką starannie dbającą o wygląd, panującą nad każdym gestem, spojrzeniem, uśmiechem, krokiem, ale teraz sprawiała wrażenie zdezorientowanej, bezbronnej, nieporadnej i, mimo prób ukrycia tego, kruchej. Nigdy, nawet na samym poczatku ich znajomości, Stefan nie miał w stosunku do niej uczuć, jakie jej umorusana ziemią i krwią twarz i cała drżąca postać wywołałą w nim w tej chwili. W wampirzym tempie znalazł się przy niej i pozwolił, by oparła się o niego całym ciężarem ciała, jednocześnie analizując w głowie każdy jej gest, każdy szczegół wyglądu i dopasowując to do obrazu dziewczyny, który tak dobrze wrył mu się w pamięć. Już raz uległ jej manipulacjom, gdy zapukała do jego drzwi udając Elenę i skończyło się na tym, że wylądowali razem w łózku. I cokolwiek by się nie działo wiedział, że zaufanie jej byłoby głupotą. Katherine była podstępna i pozbawiona wszelkich morali, nie cofnęłaby się przed niczym, by osiągnąć cel i nie raz już to udowodniła. I choć wiedział, że nie powinien dawać się nabrać na jej kolejne gierki, to jednak jego dobrotliwa natura nie pozwoliła mu jej odtrącić. Nie potrafił odmówić pomocy komuś, kto jej potrzebował. Pytanie tylko czy w tej sytuacji powinno się to rozpatrywać jako wadę czy zaletę?
- Co się z tobą stało Katherine?- spytał, próbując ukryć zaciekawienie i jednocześnie urazę, spowodowaną jej nagłą ucieczką. Wiedział, że nie miał do tego prawa, ale w jakiś nienaturalny sposób poczuł się tym dotknięty. Przez lata zdołał się przywyknąć do myśli, że jaką suką Katherine by nie była gdzieś na dnie jej zepsutego, okrutnego, zdradzieckiego serca się o niego troszczyła i w jakis pokręcony, niewytłumaczalny sposób robiła wszystko, by nie ucierpiał w żadnej z ich słynnych potyczek. Po tej aferze z Damone i Eleną, po tym, jak oboje go zranili i zawiedli chciał ją nawet w pewien sposób wykorzystać i choć to nie było fair zabolało go, że Kath znów była o krok przed nim, że znów się pomylił myśląc, że na świecie istnieje kobieta, która byłaby mu szczerze oddana.
- Musiałam załatwić parę spraw- powiedziała ze zwyczajową wyższością w głosie- ale wróciłam po to, by ci pomóc- dodała z mocą, ściskając go za rękę- i zostanę z wami, z tobą, do końca.
- Jak mogę ci ufać Kath?- szepnął jakby do siebie a Rebekah przewróciła oczami.
Na twarzy Katherine pojawił się frywolny uśmieszek.
- Nie możesz, ale jak zwykle nie masz wyjścia- odparła beztrosko.

****


- Nie możemy po prostu...
- Nie!
- Kochanie...
- Nie mów tak do mnie!
- To jak wolisz? Kotku? Cukiereczku? Słoneczko?
- Jeszcze jedno słowo...
- Hej!- Klaus uchylił sie przed pięścią blondynki, pędzącą w jego stronę i zaśmiał się cicho- spokojnie kochanie, zanim komuś stanie się krzywda- dodał, łapiąc ją za nadgarstek sekundę przed tym, jak ta zdołała uderzyć go w twarz. Caroline cała zesztywniała pod wpływem jego dotyku i tego magnetycznego spojrzenia, którym przewiercał ją na wskroć, po czym mrużąc drapieżnie oczy wyrwała się z jego uścisku, rozmasowując obolałą dłoń.
- A kto powiedział, że chcę tego uniknąć?- spytała i odwróciła się na pięcie, zmierzając w kierunku leśnej, nieczynnej studni przy której swego czasu bawiła się z Tylerem, Bonnie, Eleną i Mattem i w której prawie półtora roku  temu Maison, wilkołaczy kochanek Katherine, ukrył księżycowy kamień.
- Zapominasz, że jestem Pierwotnym- zawołał za nią Klaus i bez trudu się z nią zrównał- wyczułbym  wampira czy inne stworzenie na kilometr. Uwierz, jesteśmy tutaj sami- dodał sugestywnym szptem, ale Caroline tylko przewróciła oczami, prychając cicho.
- Myślisz, że nie wiem o co ci chodzi?- spytała z wyraźną pretensją w głosie- tysiące razy ci powtarzałam, że jeśli coś ci się nie podoba możesz iść do domu. Tymczasem ty nic nie robisz, tylko bez przerwy mnie pouczasz i marudzisz o tym, jak bardzo bezcelowe są wszelkie nasze próby ochrony miasta. Rozumiem, że przez stulecia przywykłeś do wygody i wysługiwania się innymi, ale w moim przypadku to nie przejdzie, więc jeśli nie chcesz nam pomagać to chociaż nie przeszkadzaj i nie oczekuj, że ktokolwiek będzie wykonywał twoje chore rozkazy, bo ani ja ani moi przyjaciele nie jesteśmy marionetkami na twoich usługach.
Klaus pokręcił głową z rozbawieniem. Caroline Forbes była jedyną znaną mu osobą, która potrafiła zasypać człowieka gradem informacji w ciągu jednej minuty i nie zmęczyć się przy tym ani odrobinę. Z zachwytem obserwował jej powiewające na wietrze włosy, ściągnięte gniewem brwi i pałające wściekłością błękitne oczy. Była cudowna- taka silna i niezwyciężona, choć on sam wiedział, ze również bardzo krucha i delikatna. I, mimo że doprowadzało ją to do szału, Klaus nie potrafił poważnie traktowac jej wybuchów gniewu i oskarżeń. Nie potrafił się też nie uśmiechnąć, gdy po raz kolejny próbowała sprowadzić go na ziemię.
Zatrzymali się przy rzeczonej studni i przez moment zamarli, wpatrując się w siebie- ona ze złością, on z niezbyt dobrze udawaną skruchą.
- Caroline, kochanie- zaczął Pierwotny miękko, podchodząc do niej na odległość pocałunku i delikatnym gestem założył jej jeden, zbłąkany złoty lok za ucho, wywołując dreszcze w jej całym ciele- ja po prostu znam lepsze sposoby na ukaranie tego, kto za tym wszystkim stoi.
- Tak, i przy okazji na ukaranie setki innych, których spotkasz po drodze- prychnęła dziewczyna, wywracając oczami- wszyscy znamy twoje metody i dlatego stosujemy własne. Zresztą taka była umowa, pamiętasz? Miałeś się nie mieszać i pozwolić na działać.
- Kiedy wy nic nie zdzialaliście- tym razem to Klaus uniósł głos- powoli tracę cierpliwość- dodał złowróżbnie. Caroline spojrzał na niego z niedowierzaniem.
- Robimy dokładnie to, czego od nas oczekiwaliście, choć tak naprawdę nie wiemy, dokąd to wszystko zmierza- warknęła- nie wiemy, po co wam to lekarstwo, kto odważył się porwać waszego brata i kogo tak bardzo się obawiacie...
- Obawiamy?- zawołał Klaus oburzony. Caroline uśmiechnęła się z satysfakcją.
- Owszem, obawiacie- oświadczyła twardo- nie wiemy, jak to się ma do nas i czy powinniśmy się również bać. A może te wszystkie dziwne wypadki są spowodowane przez osobę, która wam zagraża i dlatego oboje z Rebekah próbujecie odwieźć nas od poszukiwania sprawcy? Może wiecie, kim ten sprawca jest?
- No wiesz, jak możesz...- zaczął Klaus, ale Caroline przerwała mu gwałtownie.
- Posłuchaj mnie teraz uważnie: tam zginął Tyler. Nasz przyjaciel, miłość mojego życia i twój wróg. Oczywiście nie mając dowodów niczego nie sugeruję, ale wiedz, że nie spocznę, póki nie odnajdę jego zabójcy i nie skopię mu tyłka a coś mi mówi, że to ta sama osoba, która podsyłała Jeremiemu wampiry do odstrzału. 
Klaus już miał coś na to odpowiedzieć, gdy do ich uszu dotarł chrzęst trawy i liści pod czyimiś stopami. Oboje napieli się, gotowi do ewentualnej konfrontacji, ale wtedy zza drzew wyłoniła się Rebekah i kroczący tuż za nią Stefan. Oboje wyglądali na wściekłych, szli dwa metry od siebie i  nawet na siebie nie spojrzeli, wysoko unosząc podbródki. Byłoby to nawet zabawne, gdyby nie sytuacja, w jakiej się obezcnie znajdowali.
Caroline zmarszczyła brwi i dopiero po chwili dostrzegła źródło ich złego humoru.
- Katherine- warknęła, obnarzając kły i zaciskając dłonie w pięści.
Nienawidziła tej suki z całego serca i nie rozumiała, jak po tym wszystkim Stefan mógł bez obawy stać obok niej i tak troskliwie obejmować ją ramieniem. Od chwili, gdy dowiedziała się, że ta dwójka spała ze sobą nie potrafiła opanować wściekłości za każdym razem, gdy myślała o pannie Pierce- podstępnej ladacznicy, dbającej jedynie o własne dobro i raniącej wszystkich, zwłaszcza tych, którzy kiedykolwiek odważyli się ją pokochać. I choć wiedziała, że Stefan nic nie czuje do tej zołzy nie mogłą zapomnieć, żę zbliżyli się do siebie przez zdradę Eleny a ich podobieństwo musiało ranić go za każdym razem, gdy jej dotykał, gdy na nią patrzył. Katherine wszystko zawsze utrudniała i niszczyłą, dlatego Caroline cieszyła się, gdy jak ostatni tchórz uciekła. To była jedyna dobra rzecz, jaka wydarzyła się tamtego pamiętnego dnia.
Klaus ścisnął jej ramię delikatnie i dziewczyna dopiero teraz uświadomiła sobie, że cała aż trzęsła się z wściekłości, gotowa zaatakować wampirzycę w każdej chwili. Wciąż nie mogła pojąć jakim cudem dotyk największego zła, chodzącego po tej ziemii mógł koić jej skołatane nerwy. Caroline rozluźniła się niemal automatycznie a z jej twarzy zniknęła żądza mordu i właśnie podobne reakcje budziły jej niepokój. Nie powinna się czuć przy nim taka... spokojna, bezpieczna, ale od  śmierci Tylera, gdy spędziła w jego objęciach całą noc nie potrafiła inaczej. Wtedy po raz kolejny dostrzegła jego inne oblicze i tym razem nawet jego wszystkie przewinienia, wszystkie krzywdy, jakich przez niego doznała nie były w stanie przyćmić jej tego, co wtedy w nim ujrzała- czułego, wyrozumiałego faceta łaknącego akceptacji i pragnącego się nią opiekować.
- Co ona tu robi?- spytała Caroline z pretensją w głosie, próbując jednocześnie wyrzucić z głowy Pierwotnego.  Nie powinna pozwolić sobie na to, by znów zajmował jej myśli, wiedziała, że z tego nic dobrego wyjść nie może.
Katherine spojrzał na nią z urazą i Caroline dopiero teraz dostrzegła, że wampirzyca przypominała bardziej siedem nieszczęść niż dawną siebie.
- Co się stało?- spytała obojętnie, wywracając oczami.
- Właśnie, też chciałabym się tego w końcu dowiedzieć- poparła ją Pierwotna i spojrzała na brunetkę nagląco, krzyżujac ręce na piersi.
Katherine naprawdę wyglądała teraz jak mała, bezbronna dziewczynka, gdy tak skuliła się w sobie pod ciężarem tych spojrzeń i to wzbudziło ich kolejne podejrzenia. Katherine Pierce nigdy nie była bezbronna a nawet jeśli to nigdy nie zachowywała się tak, jakby nie miała  asa w rękawie, który mógłby jej pomóc w tej sytuacji. No chyba, że miała jakiś niecny plan, który wymagał wzbudzenia współczucia i litości a to byłoby już problemem niemal globalnym i nie do wykrycia aż do ostatniej chwili.
Ale w momencie, gdy brunetka już otwierała usta, chcąc wszystko wyjaśnić, czyli zrobić dokładnie to, czego Katherine jaką znali na pewno by nie zrobiła,  niespodziewanie jej wzrok stał się mętny i nieobecny. Dziewczyna wyprostowała się i głośno wciągnęła do płuc leśne powietrze, przesycone nowym, nęcącym zmysły zapachem i w chwili, gdy pozostałe wampiry również to wyczuły a gdzieś w odległości dwóch kilometrów ich uszu doszedł czyjś przytłumiony śmiech oczy Katherine zmieniły kolor na nieprzeniknioną czerń a wokół nich pojawiły się charakterystyczne żyłki sygnalizujące pragnienie. Nim ktokolwiek zdołał ją powstrzymać dziewczyna obnażyła kły i ruszyła w tamtym kierunku w wampiorzym tempie.
Sekundę zajęło im skojarzenie, co właściwie się stało. Wymienili zszokowane spojrzenia i pognali za nią, lawirujac między drzewami.
Kierowali się węchem i szumem powietrza, które Katherine biegnąc powoływała do życia. Motywowały ich cztery uczucia- strach, ciekawość, zaskoczenie, niepokój. Dziewczyna byłą szybka, o wiele szybsza niż można by było przypuszczać. Kto by pomyślał, że zdoła prześcignąć Pierwotnych i że pragnienei zapanuje nad nią do tego stopnia, że zawładnie całym jej jestejstwem? Przecież była ponad pięćset letnim wampirem a nie świeżakiem do cholery!
Zatrzymali się na polanie, ale nie dostrzegli śladu po wampirzycy. Caroline i Stefan wymienili zdezorientowane spojrzenia. Tu trop się urywał, więc gdzie do cholery podziała się ta psychopatka?
Już mieli zacząć nawoływać, gdy odpowiedź przyszła sama w postaci krzyku przepełnionego bólem, dobiegającego z pewnej odległości. Nie czekając ani chwili pobiegli w tamtym kierunku.
To co ukazało się ich oczom, gdy dotarli wreszcie na  miejsce przerosło ich wszelkie oczekiwania: zmasakrowane ciało jakiegoś chłopaka, leżące na wznak u stóp dorodnego buka, obok kusza na kołki a dalej Matt, wierzgający nogami w silnym ucisku Katherine. To jego krzyk zwabił tu wampiry i to na nim pożywiała się Petrova.
Setefan zareagował w mgnieniu oka, brutalnie odpychając od blondyna wampirzycę a Caroline padła na kolana, przegryzając sobie nadgarstek. Donovan był tak oszołomiony, że nie rozumiał co się dzieje, gdy do jego gardła zaczęła spływać jej lecznicza krew. Dopiero gdy rana na szyi całkowicie się zagoiła a chłopak zamrugał gwałtownie powiekami, rozglądając się niespokojnie Caroline odjęła dłoń od jego ust pozwalając, by ranka, którą zrobiła natychmiast się zagoiła.
- Co się stało i kto to jest?- spytała Rebekah, wskazując na ciało chłopaka.
- Patrick Crugher, był tu, gdy Katherine nas zaatakowała- wyjaśnił Matt drżącym głosem a Caroline pacnęła go w ramię.
- Miałeś patrolować centrum miasta a nie włóczyć się po lesie- warknęła zdenerwowana- taki z ciebie hoirak? Może od razu wystaw się  na zlotej tacy.
- Byłem w centrum i to tam spotkałem tego wampira. Nie widziałem twarzy, ale ta sylwetka wydawał mi się znajoma. Poszedłem za nim a on doprowadził mnie tutaj. Potem zniknął a ja spotkałem Patricka i wtedy Katherine nas zaatakowała...
Caroline odwróciła się w stronę brunetki, gromiąc ją spojrzeniem, jednak Matt chwycił ją za rękę nie pozwalając się ruszyć.
- To nie ona mnie tu zwabiła- oznajmił dosadnie, ale Caroline prychnęła cicho i zerwała się na równe nogi.
- Nie musiała- warknęła- mógł zrobić to ktoś, z kim współpracuje, prawda zdziro? Przyznaj się!
Już miała przystąpić do ataku, gdy Stefan i Klaus chwycili ją za ramiona, nie pozwalajac się ruszyć.
- Co ona tu właściwie robi?- spytał Matt, wskazując sobowtóra, gdy Rebekah pomogła mu stanąć na nogi.
- Kolekcjonuje kłopoty i czeka na śmerć- odparła Pierwotna beznamiętnie.


****

Elena juz od pół godziny obserowowała ich z okna swojej sypialni próbując odgadnąć, o co w tym wszystkim chodzi. Wciąż byłą na nich wszystkich wściekła, ale nie mogła odmówić Damonowi gracji, z jaką unikał i parował kolejne ciosy Jeremiego. Widziała, że jej brat wyładowuje na nim całą swoją agresję a Ben, siedzący na pniu nieopodal pilnuje, aby sprawy nie zaszły za daleko. Przez jeden krótki moment Elena dostrzegła w tym rozrosłym agresywnym mężczyźnie swojego małego braciszka, którym był jeszcze miesiąc temu i wreszcie, gdy przemyslała wszystko na trzeźwo dotarło do niej, jak wielką krzywdę wyrządziła jego wybawicielowi. 
Damon robił wszystko, by ją chronić w jedyny znany mu sposób- jego własny. Zawsze to robił i zawsze się o to kłócili, ale teraz zrozumiała, że tym razem naprawdę nie było innego wyjścia. 
Damon nie tylko ocalił Jeremiego od brzemienia śmierci najbliższych, ale jeszcze zrobił wszystko, by jego ofiarami nie byli niewinni ludzie, tudzież wampiry, tylko najwięksi łotrzy i oprawcy. Gorąco zrobiło jej się na samą myśl, że poświęcił tyle czasu i wysiłku dla niej, by ją uszczęśliwić. Była mu winna chociaż jedną, spokojną rozmowę. Nie zastanawiając się nad tym dłużej wybiegła z sypialni. 
W salonie natknęła się na Bonnie, ślęczącą nad jakimiś magicznymi księgami w wyraźnym skupieniu. Na widok wampirzycy Bonnie zamarła i głośno przełknęła ślinę, nie bardzo wiedząc jak powinna się zachować. Elena tylko skinęła jej głową po czym opuściła domek. Mimo wszystko miała do niej żal o to, że samodzielnie podjęła za nią decyzję i że ją przy tym okłamała a raczej okłamywałaby, gdyby Elena nie usłyszała jej rozmowy z Benem. 
Elena okrążyła drewniany domek i dotarła do miejsca potyczki Damona i Jeremiego. Oboje byli maksymalnie skupieni i nie zwracali na nią najmniejszej uwagi, jedynie Ben posłał jej łagodny uśmiech i poklepał miejsce obok siebie. Elena usiadła, z zafascynowaniem obserwując walkę Jeremiego i Damona, która bardziej przypominała taniec dwóch wściekłych żywiołów niż cokolwiek innego. 
- Przepraszam- powiedziała po chwili, spoglądajac Benowi prosto w oczy- zareagowałam zbyt emocjonalnie i sprawiłam wam przykrość nie zpowalając dojść do głosu. Mam nadzieję, że mnie za to nie znienawidzisz? 
- No co ty- blondyn uśmiechnął się pocieszająco- to twój brat. W tym przypadku pojęcie: "Zbyt emocjonalnie" nie istnieje. Troszczysz się o niego i to jest piękne. 
- Wiem, że robicie wszystko, żeby mu pomóc a ja tylko utrudniam- ciągneła dziewczyna, jakby zupełnie nie usłyszała jego wcześniejszych słów- ja po prostu... 
- Nie ufasz Damonowi?- podpowiedział Ben, kiwając głową ze zrozumieniem. 
- To nie tak- zaprotestowała gwałtownie, ale zaraz wzięła jeden uspokajaący wdech- moja relacja z Damonem zawsze była dosyć....
- Burzliwa?- znów wtrącił się Ben a Elena spojrzała na niego zaskoczona. Miała wrażeniem, jakby czytał jej w myślach. 
- Dokłądnie- potwierdziała z uśmiechem- znam jego metody, sposób działania, porywczość... ale przy tym zapominam o tym, co najważniejsze. To wciąż ten sam Damon, który tyle razy ratował mi życie. 
Nie wiedziała dlaczego postanowiła zwierzyć się z tego akurat Benowi, przecież w ogóle się nie znali. A może właśnie dlatego? Ben nie znał ich historii i nie oceniał jej w żaden sposób w przciwieństwie do jej najbliższych, którzy wciąż patrzyli na nią krzywo od chwili, gdy na jaw wyszedł jej krótki romans z Damonem w Nowym Yorku.
- Masz okazję mu o tym powiedzieć- Ben wskazał na wampira, który wpatrywał się w nią z wyraźnym zaskoczeniem. Czarownik odciągnął Jeremiego na bok, stojąc w gotowości w razie, gdyby ten postanowił ich zaatakować a Elena posłała Damonowi niepewny uśmiech i stanęła z nim  twarzą w twarz zmuszając się do tego, by spojrzeć mu prosto w oczy. 
- Cześć- szepnęła, bo tylko na tyle było ją stać. Głos uwięzł jej w gardle, gdy wampir zbliżył się do niej jeszcze bardziej a jego zmysłowy zapach owiał ją sprawiając, że jedyną rzeczą o jakiej była w stanie myśleć był smak jego ust, znajdujących się w tej chwili na wysokości jej oczu. 
- Myślałem, ze nie odezwiesz się do mnie przez najbliższe dwieście lat- powiedział a jego wargi wygięły się w zawadiaskim uśmiechu- czyżbyś się stęskniła?
Elena wywróciła oczami i odruchowo sięgnęła po jego dłoń, ale nawet ten delikatny uścisk sprawił, że ich ciałami zawładnęły dreszcze pożądania i słodkiego pragnienia bliskości. Zamarli na moment, wpatrując się w swoje oczy jakby tam mogli wyczytać wszystkie sekrety duszy a z twarzy Damona zniknęły wszelkie oznaki rozbawienia. 
Choć trwało to już prawie dwa lata  każda pojedyncza reakcja na jej bliskość niezmiennie go zaskakiwała. Teraz też ze zdziwieniem spuścił wzrok na ich splecione dłonie i odruchowo przyciągnął dziewczynę bliżej siebie. Słyszał jej przyspieszony puls, świszczący oddech i nerwowe przełykanie śliny i to wszystko wielokrotnie pozwoliło mu na wyśmianie jej zapewnień, że nic do niego nie czuje. Owszem czuje, nawet jeśli to tylko nieokiełznane pożądanie, choć przecież wiedział, że w przypadku Eleny nie było takiej opcji. Wszystko albo nic, to była jej dewiza, jeśli chodziło o miłość. Pytanie tylko, co Elena Gilbert mogłą uznać za przejawy miłości a co było z jej strony jedynie oznaką przywiązania? Już dawno zdołał się w tym pogubić.
- Damon, chciałam...- zaczęła drżącym głosem- chciałam cię przeprosić...
- W takim razie znam kilka sposobów- wymruczał niczym najedzony kocur i pochylił się nad nią jeszcze bardziej, tak, że niemal stykali się nosami. 
- Przestań- wyjąkała wprost w jego wargi. Damon uśmiechnął się jedynie szelmowsko i nie zaprzestał swoich poczynań. 
Nie dane im było jednak zatracić się w tak upragnionym (przynajmniej przez niego) pocałunku, bo niespodziewana postać, wyłaniająca się z lasu sprawiła, że Elena odskoczyła od niego jak opażona. 
To była kobieta, na oko czterdziesto-trzy letnia, o skórze koloru czekolady, ciemnych oczach i poszarzałej twarzy. Jej czarne włosy tkwiły w nieładzie, biała sukienka, która miała na sobie byłą podarta i umazana ziemią a jej wzrok mętny i wyraźnie zmęczony.  Mimo że Elena widziała ją może ze trzy razy na oczy i w żadnym wypadku nie przypominała tej słabej kobiecinki, jaką miała przed sobą bez trudu ją rozpoznała. 
- Abby?- spytała zdziwiona, zwracając tym samym na siebie uwagę Jera i Bena. 
Abby wyglądała na wykończoną. Słaniała się na nogach, idąc w stronę młodego Gilberta niczym lunatyczka i mamrocząc coś pod nosem. Mimo swojego wampirzego słuchu Elena dopiero po chwili rozpoznała pojedyncze słowa. 
- Muszę.... I tym musisz.... To zrobić.... On mówił.... Muszę...
- Abby, co się dzieje?- spytała wampirzyca, nic z tego nie rozumiejąc. Skąd tu się wzięła matka Bonnie? I dlaczego zachowywała się tak, jakby od tygodni nie miała okazji zaspokoić pragnienia?
- Abby, chodź do mnie- Elena wiedziała, że nie może dopuścić do jej bliskiego spotkania z Jeremiem, bo to mogłoby się tragicznie skończyć. Młody łowca już ruszał się niespokojnie i wbił w nowo przybyłą wampirzycę wzrok, wyrażajacy żądzę mordu, lecz ona była jak w transie i nie zwróciła na to najmniejszej uwagi. Jej oczy patrzyły nie na niego, ale jakby przez niego zupełnie, jakby była w innym świecie. 
- Zabierz ją natychmiast!- wrzasnął Ben i dopiero teraz do Eleny dotarło, że czarownik ledwie panuje nad Jeremiem. Nie zdołała mrugnąć, gdy młody Łowca odrzucił Bena tak, że ten wylądował na przeciwległej ścianie domku a sam ruszył w stronę niczego niespodziewającej się wampirzycy.
- Jeremy, nie!- wrzasnęła Elena i wyrwała się do przodu w desperackiej próbie zasłonienia Abby własną piersią. Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. 
Damon, stojący za nią pociągnął ją do tyłu i owinął ramię wokół jej talii nie pozwalajac się ruszyć. Ben podniósł się na równe nogi i zaczął wykrzykiwać formułki potężnych zaklęć, jednak tym razem nie zadziałały one tak, jak należy i nie powaliły młodego Gilberta na ziemię. Bonnie wybiegła z domku i rzuciła się w kierunku matki. 
I podczas, gdy Elena walczyła z Damonem i szamotała się niczym ryba w potrzasku, usiłując mu się wyrwać, Bonnie biegła błagając, by nic nie robił a Ben próbował powstrzymać go za pomocą magii Jeremy zatopił drewniane ostrze w sercu Abby Bennett- Wilson uciszając je na zawsze. 
- Nie!- zawyła Bonnie, padajac przed matką na kolana. Jeremy odsunął się od swojej ofiary ze zwycięskim uśmiechem na twarzy a Elena uwolniła się z żelaznego uścisku Damona i podbiegła do Bonnie, która, cała zalana łzami, trzymała na kolanach poszarzałą twarz matki. Dziewczyny spojrzały sobie w oczy i mulatka, szlochając głośno, rzuciła się Elenie w ramiona. Ta przytuliła ją do siebie z całej siły, próbując ukoić jej rozpacz i szepcząc do ucha słowa pocieszenia. 
Ben tymczasem odciągnął Jeremiego na bok a Damon, który dotąd stał z boku przykucnał przy Abby i z powagą wręcz urzędową powolnym gestem zamknął jej oczy po czym usunął kolek z jej ciała.
- Trzeba ją stąd zabrać- mruknął, ale Bonnie mocniej wczepiła palce w ramię zmarłej matki, nie pozwalając mu jej ruszyć. 
- Nie...Nie..- szeptała, rozpaczliwie kręcąc głową. Elena ujęła jej twarz w dłonie, desperacko ocierając płynące z oczu łzy. 
- Wszystko będzie dobrze kochanie- zapewniała- Damon się nią zaopiekuje, obiecuję. 
Gdy mulatka ponownie do niej przylgnęła Elena ponad jej ramieniem delikatnie skinęła głową na Damona, który rozumiejąc jej intencje wziął ciało na ręce. 
I właśnie wtedy Elena go ujrzała, wychodzącego zza drzew. 
Jasne włosy, szlachetne rysy twarzy, ciemne oczy i łagodny łuk warg, wygiętych w kpiącym półuśmiechu. Obserwował rozgrywającą się scenę z niemałym rozbawieniem, nonszalancko opierając się o wierzbę, stojąca nieopodal. Nawet po takim czasie Elena bez trudu go rozpoznała. 
- Kol- wyjąkała zszokowana, co wywołała szeroki uśmiech na twarzy najmłodszego z braci Mikealson. 
- Witaj była torebko krwi. Tęskniłaś?

środa, 22 października 2014

Garść Informacji

Po pierwsze nie wiem, co się stało, ale nie dostałam żadnego odzewu z waszej strony w związku z najnowszym rozdziałem. Był aż tak kiepski? Pamiętajcie więc, że komentarze nie polegają jedynie na chwaleniu, lecz również na wytykaniu błędów i krytyce, więc proszę się nie krępować i walić śmiało xD

Zapraszam również na mojego nowego bloga wszystkich fanów serialu "Gossip Gril", paringu Blair i Chuck'a lub po prostu miłośników gorących, wybuchowych romansów, intryg i skandali. Już niedługo ( a być możę nawet dzisiaj) pojawi się tam rozdział 1. Gorąco zachęcam do odwiedzania i komentowania :***



http://you-know-you-love-me-chuck-and-blair.blogspot.com/


EDIT: Dopiero zauważyłam, że jako link podałam adres do TEGO bloga. Już to zmieniłam i liczę, że dzięki temu zwiększy się liczba wyśiwetleń a także komentarzy ;))

wtorek, 14 października 2014

Rozdział 13. Bez Granic, Bez Odpowiedzi

 Dodaję dzisiaj, zgodnie z obietnicą. Jak zwykle w trakcie zmieniłam jeszcze z piędziesiąt razy, cała ja xD  Jestem wykończona i nawet nie sprawdzała błędów, więc byłabym wdzięczna za wskazanie ich :****

ENJOY :****






- Myślałem, że czarownice nie mogą tego robić. To ingerencja w prawa natury. 
- Inaczej domyśliliby się, że cos jest nie tak. Nie możesz wniknąć w kolejne ciało, nie budząc przy tym podejrzeń. Dla nas wszystkich liczy się jedynie to, by ocalić świat przed moimi dziećmi i ich potomkami.  Jeśli chcę naprawić błędy, muszę się poświęcić.


Krew w jego żyłach na nowo zawrzała, gdy serce rozpoczęło nieśmiałą walkę o dominację nad śmiercią. Po chwili jego klatka piersiowa zaczęłą unosić się i opadać a podrażnione przez długi niedostatek tlenu płuca wywołały niemal gruźliczy kaszel. Gdzieś na samym skraju świadomości usłyszał dźwięk, przypominający pisk myszy, uciekającej przed kotem i nie musiał nawet otwierać oczu, by wiedzieć, do kogo należy.
- Ben?- wyjąkała Bonnie a on uśmiechnął szczerze, chyba po raz pierwszy od stuleci.
- Wróciłem- szepnął jedynie i wykończony opadł na poduszki. Gdy poczuł na sobie rozbiegane dłonie mulatki już wiedział, że teraz wszystko będzie dobrze. Gra wciąż trwa, a on może być jedynym zwycięscą.

****

TYDZIEŃ PÓŹNIEJ


- Nalej mi jeszcze- nakazał Stefan bełkotliwie, obracając się na barowym krześle. Donovan spojrzał na wampira z niepokojem i pokręcił głową, zaciskając usta w cienką linię. 
- Nie ma mowy- zaprotestował, zabierając mu sprzed nosa prostokątną szklaneczkę- wypiłeś dość na dzisiaj i na kilka następnych miesięcy. Ktoś inny na twoim miejscu umarłby trzy razy. Idź do domu, stary.
- Nie rozumiesz, co do ciebie mówię?- zdenerwował się Salvatore, spoglądając na przyjaciela w taki sposób, że aż go ciarki przeszły. Jednak od odejścia Tylera był innym człowiekiem. Zmienił się, zmuszony radzić sobie całkowicie sam w gronie nadprzyrodzonych popaprańców. Nie był już zwyczajnym wesołym wyrostkiem, pracującym za barem a stanowczym mężczyzną, który nie mógł pozwolić, by kolejny z jego przyjaciół się stoczył. Spojrzał w zamgłone oczy Stefana, które w tej chwili wyrażały jedynie pustkę. 
- Nie matrw się, nie popadnę w naług- mruknął wampir z krzywym usmiechem- po prostu po pijaku o wiele łatwiej znieść niektóre rzeczy. 
-Wszyscy mamy problemy- powiedział Matt z troską, jednocześnie obsługując kolejnego klienta- i to takie, o jakich zwykłym ludziom się nie śniło.  Ja też nie mam się najlepiej, ale to nie znaczy, że powinienem zapijać swój smutek i żal. O takich rzeczach się rozmawia, zwłaszcza, gdy ma się do tego dobrego słuchacza. 
- A ty zgłaszasz się na ochotnika?- prychnął Stefan pogardliwie, ale gdy Matt spojrzał na niego znacząco, westchnął ciężko- nie ma o czym gadać, jasne? Straciłem dziewczynę, którą kochałem a ona pocieszyła się w ramionach mojego rodzonego brata. Straciłem dziewczynę, której nie kochałem, bo uciekła jak ostatni tchórz, za co na własne nieszczęście nawet nie mogę jej winić. Zginął dzieciak, którego miałem chronić a my dalej nie znaleźliśmy sprawcy...
- To się po prostu stało, okey?- Matt klepnął go po przyjacielsku w ramię, uśmiechając się blado- nic na to nie poradzimy i trzeba żyć dalej. Pamiętaj, że wszyscy kogoś straciliśmy. Na szczęście mamy jeszcze siebie. 
- Matt ma rację- wtrąciła Rebekah, która niespodziewanie pojawiła się koło nich i pokręciła głową widząc stan Stefana, po czym bez zbędnych komentarzy chwyciła go wpół i pomogła mu zwlec się z barowego krzesła. Zatoczyli się oboje, powoli sunąc w stronę wyjścia.
- Zaopiekuję się nim, nie martw się- zapewniła Matta z delikatnym uśmiechem, jednak to wcale nie uspokoiło blondyna, wręcz przeciwnie- po wszystkim, co się między nimi ostatnio wydarzyło stał się bardziej czujny na to kto znajduje się w pobliżu Pierwotnej a relacja Rebekah i Stefana zaczęła napawać go niepokojem. Nie było tajemnicą, że wampirzyca miała słabość do Salvatore'a ze względu na ich goracy romans w latach dwudziestych. Był jedną z nielicznych osób, na których Rebekah kiedykolwiek zależało, czyli jego potencjalnym rywalem.

Rywalem? 

Co to słowo w ogóle oznaczało? Rywal, to osoba walcząca o coś, przeciwnik, którego nalezy pokonać. A w tym przypadku jaka była nagroda?
Długo zastanawiał się nad postępowaniem Pierwotnej, ale nigdy nie doszedł do satysfakcjonujących wniosków, nigdy nie potrafił racjonalnie wytłumaczyć własnych odczuć, związanych z podobnymi sytuacjami. No bo czy mógł winić Rebekah za te nieliczne przejawy człowieczeństwa? A może ona zawsze była wspaniałą dziewczyną, skrywającą się za maską chłodu i ironii? Skoro w stosunku do niego potrafiła się zachować przywoicie dlaczego miałaby odmówić tego Stefanowi, swojej dawnej miłości, który przecież nigdy tak naprawdę jej nie skrzywdził? I co właściwie się między nimi działo? Jakie znaczenie miał ten pocałunek, a właściwie całus w pośpiechu i pod wpływem emocji, głównie wdzięczności i szczęścia z odzyskania przyjaciela?
Od tych wszystkich pytań aż rozbolała go głowa a tu przecież nie było czasu na roztkliwianie się nad sobą. Wyrzuty sumienia ogarnęły go już w chwili, gdy uświadomił sobie, że zamiast opłakiwać Tylera i okazywać mu należny pośmiertny szacunek on krąży myślami wokół dziewczyny, potwora właściwie, tyle razy próbującego zniszczyć życie jego przyjaciołom. Nawet teraz wraz z bratem szantażem zmusiła ich do pomocy w znalezieniu lekarstwa, które z pewnością chciała wykorzystać do niecnych celów. Jak ktoś taki może budzić w drugim człowieku całą gamę pozytywnych uczuć i reakcji? Powinien to sobie ostro wypersfadować już wtedy, gdy po raz pierwszy pomyślał, że Rebekah Mikealson wcale nie jest taka zła, że jest całkiem miła, tylko zagubiona i że miłość do niej wcale nie jest aż tak nierealna, jak mogłoby się  z początku wydawać. Był idiotą, kompletnym debilem i nic na to nie mógł poradzić. Ta dziewczyna budziła jego zaintersowanie i jak ostatni kretyn wierzył, że mógłby jej pomóc, że nie jest tak do końca stracona, że on, Matt Donovan, potrafiłby przywrócić ją na właściwe tory, choć jasne było, że ona nigdy nie będzie ani do końca dobra, ani do końca zła. Nie umiał jej zaszufladkować i chyba wcale nie chciał. Jedyne, o czym marzył od chwili, gdy ją pocałował to to, aby lepiej ją poznać i zrozumieć. Bał się, bo powoli zaczynało mu zależeć a do tej pory jedynymi kobietami w jego życiu, pomijając nieżyjącą siostrę była Elena, Caroline i Bonnie. Nie miał pojęcia jak się wobec tego zachować i czy Rebekah myśli tak samo, więc zwyczajnie ignorował własne potrzeby i udawał, że nic takiego się nie wydarzyło, że do tego pocałunku, który właściwie nie był niczym specjalnym, wcale nie doszło. Czy naprawdę jeden malutki gest może zmienić tak wiele, przewrócić życie do góry nogami?
 Wiedział, że powinien przestać o tym myśleć, lecz mimo  to nie potrafił tego powstrzymać. Nie, gdy obiekt jego wątpliwości stał tuż obok patrząc na niego wielkimi oczami, koloru burzowego nieba. Do pracy powrócił dopiero wtedy, gdy Rebekah i Stefan zniknęli mu z oczu. Wciąż nie mógł się na niczym skupić i bez przerwy się mylił. W końcu frustracja sięgnęła zenitu- rozeźlony rzucił fartuch na blat i bez słowa opuścił lokal, zostawiając go pod opieką nowego pracownika, Davida Astone'a, który zastąpił Jeremiego na czas jego nieobecności. Nie obchodziło go, czy chłopak sobie poradzi, czy jutro po przyjściu do Mystick Grill nie dowie się, że musi szukać nowej pracy i czy knajpa w ogóle będzie tu jeszcze stała. Chyba po raz pierwszy w żyicu pomyślał, że przecież stać go na więcej i że musi w końcu pomyśleć o sobie.

"Kawa, prysznic i kilka godzin snu powinny postawić mnie na nogi"- stwierdził w myślach, głośno ziewając.

****

- No i co ty sobą reprezetujesz?- jęknęła Rebekah, siłą wyciągając go z samochodu. Stefan zatoczył się i gdyby nie jej opiekuńcze ramię na pewno ległby na ziemię jak kłoda. Blondynka zacmokała z dezaprobatą i w wampirzym tempie przeniosła go do jego sypialni, rzucając na łóżko. Salvatore wybuchnął niepochamowanym, pijackim śmiechem.
- I co teraz?- spytał bełkotliwie, unosząc się delikatnie na łokciach- bo zapowiada się całkiem nieźle- dodał z błyskiem w oczach i lubieżnie oblizał wargi. Pierwotna wywróciła oczami i bez słowa sięgnęła do wewnętrzej kieszeni swojej skórzanej kurtki, wyciągając fiolkę z przezroczystym płynem. Stefan zmarszczył brwi i posłał jej pytające spojrzenie, ale w mig pojął wszystko, gdy wampirzyca odkorkowała zawleczkę i wylała na niego kilka kropel substancji. Skóra w miejscu, z którym zetknął się płyn zaczęła skwierczeć i parować, by po chwili ukazać niewielkie, piekące ranki. Stefan zawył, zaskoczony i spojrzał na uśmiechniętą od ucha do ucha Pierwotną z wściekłością malującą się w zielonych, już przytomnych oczach.
- Werbena- warknął, pocierając boleśnie pulsujące ranki, które powoli zaczynały się goić- oszalałaś?
- Musiałam cię uratować, bo zaczynałeś się zachowywać się jak twój brat- stwierdziła blondynka spokojnie- brakowało tylko, żebyś urządził dziką imprezę na grobie swoich ofiar i zażądał butelkę burbona.
- Jesteś okropna- stwierdził wampir tonem obrażonego pięciolatka. Rebekah zachichotała.
- Wiem- odparła rezolutnie, przysiadając obok niego na łóżku- a ty już nie jesteś taki pijany jak kilka minut temu. Nie ma za co.
Stefan zmrużył oczy i spojrzał na nią z wyraźną rezygnacją.
- Ty naprawdę musisz mnie nienawidzić, skoro chcesz doprowadzić do tego, że w końcu eksploduję z nadmiaru emocji i myśli- powiedział na wpół żartem na wpół serio- alkohol pozwala zapomnieć.
- Nie zapomnieć tylko zagłuszyć- poprawiła go dziewczyna, odruchowo przeczesując palcami jego brązowo-złote włosy- po wytrzeźwieniu wszystko wraca z podwójną siłą. Skończmy tę dyskusję- nie jesteś Damonem, ty inaczej radzisz sobie z problemami. Stawiasz im czoła. Nie pozwól, żeby ta dziewczyna...
- TA DZIEWCZYNA ma na imię Elena i nie będę o niej z tobą rozmawiał- uciął ostro, krzywiąc się z bólu, jakby sama myśl o ukochanej napawała go cierpieniem. Przez chwilę Rebekah i Salvatore mierzyli się na spojrzenia, ale w końcu oboje spuścili wzrok, zawstydzeni kierunkiem, w jakim podążyła ich rozmowa.
- Okey, przepraszam. Nie powinnam się mieszać- powiedziała w końcu Rebekah sztywno a gdy Stefan skinął głową na znak rozejmu, uśmeichnęła się blado- powiem to inaczej: musimy jak najszybciej ustalić, kto zamienia mieszkańców w wampiry i jesteś nam do tego niezbędny. Weź się w garść, inaczej brat małej zdziry, którą tak bardzo chronisz zacznie krzywdzić dawnych znajomych, przyjaciół, rodzinę...
- Po raz kolejny nam grozisz?- spytał Stefan z  niedowierzaniem.
- Nie ja, mój brat- odpowiedziała Rebekah z powagą wręcz urzędową- nie cofnie się przed niczym, by osiągnąć cel a czas powoli nam się kończy. Naprawdę potrzebujemy tego lekarstwa- podkreśliła, ruszając do drzwi- prześpij się, nabierz sił.
- Ty wiesz, kto zabija mieszkańców- zawołał za nią Salvatore, gdy ta sięgnęła po klamkę. Rebekah zatrzymała się wpół gestu, stojąc plecami do niego. Przez jej głowę przebiegła naraz gonitwa myśli. Każda gorsza od poprzedniej. I tysiące wspomnień, które zlewały się w jedno, tworząc niewyraźny kalejdoskop obrazów, wrażeń, dźwięków.



Tydzień wcześniej, Mystick Falls

Roztrzęsiony Matt to nie był widok, który pragnęła oglądać codziennie.
Siedział na kanapie w swoim salonie, podczas gdy ona krzątała się w kuchni niemal w wampirzym tempie, przygotowując herbatę. Po chwili podała mu kubek parującego płynu. Chłopak podziękował jej niewyraźnie i upił łyk, jakby nie czując gorąca, niemal wrzątku, który przecież parzył mu język i przełyk. Zresztą od momentu, gdy przyprowadziła go do domu stał się nieczuły na wszystko. Jego twarz umorusana była ziemią, ubranie poszarpane i zbroczone krwią, wargi sine a włosy zlepione od potu. Cały się trząsł i nawet nie chciała wiedzieć co widzą w tej chwili jego zamglone, nieobecne oczy. Wyglądał ja siedem nieszczęść i tak się czuł, gdy po jego policzkach sływały gorzkie łzy. On sam jakby nie zdawał sobie nawet z tego sprawy, nieświadomy tego, co się z nim właściwie dzieje. Już dawno wyzbył się dumy i wstydu, obalił przekonanie, że mężczyźni nie powinni płakać i okazywać tak silnych emocji. Być może w innych okolicznościach czułby się głupio, przeżywając to wszystko w towarzystwie Pierwotnej, ale nie dziś- dziś odnalazł ukojenie w jej ramionach, w jej pokrzepiającym uśmiechu i w jej czułych słowach pocieszenia, szeptanych wprost do ucha. Chyba po raz pierwszy od śmierci Vicky czuł się jak mały zagubiony chłopiec- bezradny i podatny na zranienia. Pragnął jedynie zasnąć i już nigdy się nie obudzić. Ból, przeszywający jego ciało był nie do zniesienia.
- Był dla mnie jak brat- wyjąkał drżącym głosem. To były jego pierwsze słowa, od kiedy usiadł na tej kanapie i Rebekah nastawiła uszu, uważnie słuchając wszystkiego, co miał do powiedzenia- razem uczyliśmy się liczyć, pisać, jeździć na rowerze i podrywać dziewczyny. On i Elena wspierali mnie, gdy mój tata umarł i gdy matka zostawiła nas, żeby podróżować z jakimś fagasem po Europie. Był przy mnie w najtrudniejszych momentach mojego życia a ja przy nim w chwilach jego triumfu.  Zrobiłbym dla niego wszystko a nie potrafiłem go ochronić.Na moich oczach oderwał mu głowę, widziałem to! Widziałem, jak umiera, patrzyłem mu prosto w oczy i nic nie zrobiłem! Nie mogłem się ruszyć! Nie mogłem mu pomóc! Co ze mnie za przyjaciel?!

Najgorsze było to, że Matt za nic nie potrafił przypomnieć sobie twarzy oprawcy. Pamiętał wszystko co się wydarzyło, każdy szczegół tamtej nocy, ale nie rzecz najistotniejszą- kto zabił, kto dokonał tak makabrycznego aktu przemocy i uszedł z tego bezkarnie. Rebekah próbowała nawet na niego wpłynąć, zmusić do uruchomienia tego wspomnienia, lecz z marnych skutkiem. Wywołało to jedynie większą rozpacz Matta i przysporzyło mu tylko więcej bólu, więc zaprzestała dalszych działań.Jednego jednak była już pewna na sto procent- ktoś majstrował przy jego wspomnieniach, jakich wampir lub wiedźma, dysponująca siłą równającą się potęgą Pierwotnych. Rebekah miała nawet podejrzenia co do tego, kto był na tyle okrutny, by zatrzeć po sobie ślady jednocześnie zostawiając w głowie bezbronnego chłopaka tak makabryczne obrazy, ale nie mogła ich teraz potwierdzić. Nie, dopóki nie była pewna, że Matt jest całkowicie bezpieczny.
- Matt, Matt- szepnęła miękko zmuszając go, by na nią spojrzał. Ból i desperacja, malujące się w jego oczach ją przeraziły, sprawiły, że na moment przestała oddychać. Nie miała pojęcia jak zareagować.
- Proszę, zabierz to ode mnie- jęknął, chwytając się za głowę- nie chcę tego czuć! Dlaczego wszystkich tracę?! Proszę, nie chcę tego wiedzieć, pamiętać! Błagam!Nie zniosę już więcej, rozumiesz?!
- Tak- potwierdziła, głośno przełykając ślinę. Wiedziała, że to co zamierzała zrobić było pójściem na łatwiznę, że w normalnych okolicznościach Matt by tego nie poparł, ale to nie były normalne okoliczności a on znajdował się na skraju załamania nerwowego. 
Rebekah ujęła jego twarz w obie dlonie i spojrzała mu prosto w oczy. 
- Niczego nie widziałeś.- powiedziała z mocą- To wszystko było tylko złym snem. Śmierć Tylera była bezbolesna, dla ciebie też. Ty żyjesz dalej- jesteś przyjacielem, futbolistą, prowdzisz normalne życie. Ból minął. Teraz jesteś spokojny.
Jej źrenice kolejno rozszerzały się i zwężały przy każdym słowie, hipnotyzując blondyna, sprawiając że nie mógł wykonać żadnego ruchu, odwrócić wzroku. Po chwili z jego ust wydobył się spokojny, beznamiętny głos.
- Tyler umarł, ale nie cierpiał. Ja żyję dalej- jestem przyjacielem, futbolistą, prowadzę normalne życie. Tylera już nie ma, ale to nie boli. Jestem spokojny.
Rebekah uważnie obserwowała jego twarz. Widziała moment, w którym jego łzy obeschły a z oczu zniknął desperacki błysk szaleńca. Jego oddech powoli wracał do normy a on sam przestał się trząść i wpartrywał się w Pierwotną wielkimi jak spodki oczami. 
- Matt, wszystko w porządku?- spytała niepewnie. Nie odpowiedział- pocałował ją jedynie namiętnie, napierając na nią tak, że aż się położyła na kanapie.
Mimo, że jako wampir była od niego znacznie silniejsza poddała się jego zabiegom bez słowa protestu. 
Całowali się zachłannie, namiętnie, ucząc się siebie na pamięć. Matt wplótł palce w jej złote włosy i pociągnał delikatnie sprawiając, że jej gardła wydobył się zduszony jęk przyjemności. Powtórzył ten manewr, dżąc z podniecenia. Już zapomniał, jakie to wspaniałe uczucie. 
Rebekah, czując jego dłonie, błądzące po kazdym zakamarku jej ciała nie pozostała mu dłużna. Po chwili jego koszula wylądowała na dywanie. Jęknęła, gdy zaczął ssać jej szyję, miadżyć w dłoni jej pełną pierś, podgryzać płatek ucha. Gorące soki zawrzały u wrót jej kobiecości. 
Matt był taki czuły, namiętny, kochany. Jedynym co się dla niego liczyło była jej przyjemność a to upajało niczym afrodyzjak. W jej wnętrzu zawrzało pragnienie, silne i nieokiełznane. W tej chwili przestała myśleć, wszystko inne straciło znaczenie. Już dawno zapomniała o tajemniczym mordercy, o okrutnej śmierci Tylera, o lekarstwie na wampiryzm, o swoim bracie. Nic się już nie liczyło poza grą ich spragnionych siebie ciał. 
Oboje byli zaskoczeni rozwojem sytacji. Nigdy nie pomyśleliby, że to może się tak potoczyć, że może nimi zawładnąć tak dzikie pożądanie. Nic też nie zapowiadało, że się temu tak po prostu poddadzą, że kiedykolwiek wydarzy się coś podobnego. 
I dokładnie w tym momencie rozdzwonił się jej telefon. Początkowo go nie usłyszała, zajęta siłowaniem się z paskiem od spodni Matta, potem próbowała ignorować tę irytującą melodyjkę, całując jego tors. Jednak w momencie, gdy chłopak już miał ją pozbawić górnej części garderoby zirytowana do granic możliwości wescthnęła cięzko i nacisnęła tę cholerną zieloną słuchawkę. 
- Halo?- warknęła a po drugiej stronie aparatu usłyszała tak dobrze znany śmiech, który zmroził krew w jej żyłach. 
- Witaj kochanie, widzę, że dobrze się bawisz- powiedział wesoło Marcel a Rebekah zamarła wpół gestu- wiedziałem, że kobieta taka jak ty nie będzie na mnie czekać całą wieczność, ale muszę przyznać, że jestem rozczarowany tą marną podróbą, którą mnie zastąpiłaś...
- Czego chcesz?!- krzyknęła, rozglądając się wokół nerwowo. Romantyczny nastrój gdzieś się ulotnił a z upajającego pożądania pozostał jedynie palący wstyd i jedno pytanie: "Co ja najlepszego Wyprawiam?!"- pokaż się tchórzu!- warknęła do słuchawki, odpychając od siebie dłonie Matta. 
- Spokojnie kochanie, bo podwyższy ci się ciśnienie a to szkodzi kobietom w twoim wieku- zironizował, doprowadzając ją do białej gorączki. 
- Poczekaj, jak tylko cię dorwę pożałujesz, że żyjesz!
- Doprawdy? A nie wolisz się dowiedzieć, kto zginie następny? Kot tym razem straci głowę...
Rebekah z furią rzuciła telefon przed siebie a ten roztrzaskał się o najbliższą ścianę. Tym pięknym akcentem zakończyła połączenie z byłym kochankiem. 
Matt wpatrywał się w nią z mieszaniną zdziwienia i lęku. Rebekah jednak wiedziała, że w takim stanie jest niebezpieczna dla każdego kto wejdzie jej w drogę, tym bardziej dla człowieka, istoty bezbronnej i całkowicie niewinnej. Uciekła więc w wampirzym tempie bez słowa wyjaśnienia, zostawiając go w najgorszym dniu jego życia na wpółnagiego i całkowicie zdezorientowanego. 
Nie odeszła jednak daleko. Całą noc czekała, krążąc wokół jego domu czekając, aż Marcel lub któryś z jego sługusów się pojawi, by mogła zakończyć tę sprawę raz na zawsze. Na szczęście lub nieszczęście od tamtej pory w Mystick Falls nie wydarzyło się już nic więcej godnego uwagi. 



Rebekah potrząsnęła głową, wybudzając się ze wspomnień. Spojrzała w zielone oczy Stefana, oczekujące wyraźnej odpowiedzi na nurtujące go pytania. Pierwotna głośno przełknęła ślinę.
- Nie- powiedziała w końcu beznamiętnie- nie mam zielonego pojęcia- dodała i opuściła jego pokój, zostawiając go samego i zdezorientowanego, zatopionego we własnych myślach.
No cóż, w mieście takim jak Mystick Falls  historia lubiła się powtarzać.


****

 - Elena- usłyszała gdzieś na granicy świadomości, pomiędzy jawą a snem. Jęknęła, niespiesznie uchylając powieki i westchnęła ciężko, czując pulsujący ból w skroniach i szczęce. Początkowo dzienne światło ją oślepiło, jednak już po chwili jej oczom ukazała się rozświetlona szerokim uśmiechem twarz Bonnie. 
- Gdzie ja jestem?- wychrypiała Elena, rozglądając się wokół i probując podnieść się do pozycji siedzącej. Udało się, jednak nie bez pomocy Bonnie, co bardzo ją zaniepokoiło. Była wampirem, nie powinna być tak słaba i tak bardzo bezbronna.
Syknęła cicho, czując palący ból w każdym mięśniu. Jednak wraz z wybudzaniem się z chwilowego otępienia jej własne dolegliwości zeszły na dalszy plan. Z przerażenia aż zaczęła się trząść, jej oczy stały się wielkie jak spodki a pod powiekami zgromadziły się łzy.
- Jeremy!- jęknęła i spróbowała wstać, jednak opiekuńcze ramię przyjaciółki jej na to nie pozwoliło. Przez chwilę się szamotały po czym Elena, zrezygnowana, opadła ponownie na poduszki.
- Z Jeremiem wszystko w porządku- zapewniła ją Bonnie, gładząc troskliwie jej twarz- Damon, ja a nawet Ben się nim zajmujemy....
- Damon?- podchwyciła Elena a na jej twarzy, najwyraźniej całkowicie bezwiednie, pojawił się delikatny uśmiech- to znaczy, że wszyscy mają się dobrze, tak?
- Tak- potwierdziła mulatka- wszystko będzie dobrze, ale....
- W takim razie możesz mi powiedzieć, gdzie jesteśmy?- przerwała jej Elena, rozglądając się wokół z ciekawością. Bonnie zmarszczyła brwi a po chwili na jej twarz powrócił szeroki, trochę figlarny uśmiech.
- Nie kojarzysz miejsca, gdzie spędziłaś najlepsze imprezy w liceum?- zażartowała a dezorientacja na twarzy przyjaciółki tylko dodatkowo ją rozbawiła- to domek letniskowy Caroline.
No tak! Dopiero teraz wampirzyca zrozumiała, dlaczego to miejsce wydało jej się znajome. Ojciec Caroline zostawił ją i jej matkę, gdy jej przyjaciółka była zaledwie dziewięcioletnią dziewczynką. Oczywiście Caro w końcu zaczęła go rozumieć a nawet popierać, wiedziała, że jako homoseksualista nie mógł sprzeciwić się swojej naturze, nawet dla córki, którą przecież bardzo kochał. On jednak robił wszystko, by wynagrodzić jej te wszystkie lata, gdy nie mógł być dla niej ojcem dwadziesta cztery godziny na dobę a ona, choć nie miała mu tego za złe, często korzystała z jego chojności. I tak wyprosiła u niego zakup domku letniskowego nad urokliwym jeziorem, gdzie średnio raz na tydzień razem z Tylerem, Mattem, Eleną i Bonnie organizowała najlepsze imprezy dla całej szkolnej elity, albo nocowanki w gronie przyjaciół, zależnie od humoru. Najważniejsze było to, że ten domek był jej taką ostoją wolności, miejscem, którego nie skalała rodzicielska kontrola. To tu Elena straciła dziewictwo z Mattem, to tu Caroline po raz pierwszy się całowała ze swoim pierwszym chłopakiem, Nicolasem Stewartem i tu Vicky zaczęła po kryjomu palić skręty. To miejsce było kolebką ich dorosłości, miejscem, gdzie wszystko się zaczęło i wszystko się skończyło. W końcu impreza, z której rodzice próbowali zabrać Elenę w noc, gdy ulegli wypadkowi też miała miejsce w tym domku, w donku, który przechowywał wspomnienia ich beztroski i młodzeińczego szczęścia. Jeszcze teraz, patzrąc na drewniane ściany Elenie zdawało się, że słyszy oszałamiająco głośno muzykę, śmiechy pijanego towarzystwa i wyznania, które padały podczas zabawy w "butelkę".
- Jak się tu znaleźliśmy?- spytała. Jej ostatnim wspomnieniem był płonący domek letniskowy jej rodziców a jakby nie było znajdował się on kilka kilometrów od tego miejsca...
- Damon cię tu przyniósł- wyjaśniła jej Bonnie ostrożnie a Elena odniosła nieodprate wrażenie, że coś przed nią ukrywa- wasz samochód doznał lekkich obrażeń podczas pożaru a nie mogliście jechać z nami i Jerem z wiadomych względów...
Elena zmarszczyła brwi, ale po chwili rzeczywistość uderzyła w nią z podwójną siłą.
No tak. Jeremy, łowca wampirów, brat, który pragnął jej śmierci...
- Wszystko będzie dobrze- zapewniła ją szybko przyjaciółka, widząc smutek w jej spojrzeniu- naprawimy to...
- Ja nie wiem, co się ze mną dzieje- jęknęła Elena, łapiąć się za głowę. Czuła się fatalnie- bolało ją całe ciało, wszystkie mięśnie i każdy z osobna. Byłą osłabiona i widziała jak przez mgłę. Przez to wszystko myślała z opóźnieniem a słowa Bonnie prawie do niej nie docierały.
Mulatka objęła ją ramieniem uspokajająco.
- Krew Bena cię zatruła- powiedziała powoli tonem, którym dorosły tłumaczy dziecku największe oczywistości tak, aby go nie przestraszyć- jest nienaturalna a ty się na nim pożywiłaś... Swoją drogą to dosyć ciekawe i musi mieć związek z jego bezpośrednim powiązaniem z pierwszymi czarownicami...
- Nic z tego nie rozumiem...
- No tak, trudno się dziwić. W końcu straciłaś cały tydzień...
- Że jak?!
Bonnie uśmiechnęła się pocieszająco i chwyciła ją za rękę.
- Już tłumaczę- wzięła głęboki oddech i przełknęła głośno ślinę- przede wszystkim musisz wiedzieć, że waszego domku nie dało się uratować. Przykro mi Eleno. Pamiętasz w ogóle moment pożaru?
- Oczywiście- odparła dziewczyna natychmiast zdziwiona tym pytaniem.
- No właśnie to nie jest takie oczywiste. Widzisz, byłaś bardzo osłabiona, nie myślałaś trzeźwo i gdy Damon wrócił ratować Jeremiego...
- Zaryzykował dla niego życie?- przerwała jej Elena, wpatrując się w nią szeroko otwartymi oczami, pełnymi przerażenia.
- Raczej dla ciebie- poprawiła ją czarownica z bladym uśmiechem- w każdym razie ty wpadłaś w amok. Wciąż myślałaś o mnie, o swoim bracie, ale... Jak już mówiłam byłaś bardzo osłabiona, potrzebowałaś krwi i poddałaś się swoim instynktom-  pożywiłaś się na Benie, jednocześnie podając mi swoją krew. Ocknęłam się dokładnie w momencie, gdy Damon wyniósł Jera z płonącego budynku a ty straciłaś przytomność. To nie powinno się wydarzyć, bo przecież fizycznie dzięki krwi Bena odzyskałaś pełnię sił. Potem zobaczyłam, że Ben nie oddycha...
- O mój Boże, zabiłam go?!- zawołała Elena z czystym przerażeniem.
- Spokojnie- Bonnie położyła ręce na jej ramionach w uspokajającym geście- daj mi dokończyć. Byłam zła, smutna i przerażona, ale pamiętałam, jak przywróciłam Jera do życia i pomyślałam, że mogłabym chociaż spróbować to samo zrobić z Benem. Jednak okazało się, że wasz samochód wyłądował w jeziorze- Jeremy musiał go tam ulokować po tym, jak ogłuszył mnie i Bena. W każdym razie jasne było, że trzeba coś zrobić- ty byłaś nieprzytomna, Jer ogłuszony, ale wciąż śmiertelnie niebezpieczny, Damon osłabiony do granic możliwości a ja chora z przerażenia. Zadecydowaliśmy, że ja pojadę swoim samochodem razem z Benem a właściwie jego ciałem, i Jeremiem a Damon zaniesie cię do najbliższego bezpiecznego miejsca.Nie mieliśmy wyjścia, gdyby Jer się ocknął i zechciał was zaatakować nie mielibyśmy możliwości, by was obronić.  Podałam Damonowi dokładne wskazówki jak dotrzeć do domku letniskowego Caroline i sama odjechałam w tamtym kierunku. Pamiętałam, że Caroline trzyma klucz pod wycieraczką a poza tym ten domek należy do niej, do wampira więc nie mieliście najmniejszego problemu, żeby się tu dostać.
Droga była okropna, cudem uniknęłam wypadku samochodowego... Damon wcale nie miał lepiej. Nie mógł się pożywić, był wykończony prawie jak wtedy, gdy ugryzł go wilkołak a mimo to niósł cię przez las... Gdy w końcu dołączył do mnie trzy godziny później słaniał się na nogach, był spocony i blady jak papier, cały poraniony i posiniaczony. Myślałam, że ma przywidzenia, wciąż powtarzał, że musi cię chronić, że grozi ci niebezpieczeństwo... Podałam mu krew z zapasów Caro a ciebie położyłam w sypialni obok. Tej samej nocy ocknął się Ben...
- Udało ci się go uratować- Elena odetchnęła z ulgą, ale Bonnie zacisnęła usta w cienką linię, kręcąc głową.
- Nie zdążyłam nic zrobić i to było w tym wszystkim najdziwniejsze- tamtej nocy uwierzyłam w cuda- rzekła z powagą- do tej pory nie wiem, co się stało i to mnie martwi. Skąd mam wiedzieć, czy nie zadziałała tu czarna magia?
- Przekonamy cię- zapewniła ją Elena, próbując ignorować nasilający się ból głowy- a możesz mi wyjaśnić, co oznacza, że ominęłam cały tydzień?
- Tyle czasu byłaś nieprzytomna- odparła mulatka- oczywiście budziłaś się czasem, ale zawsze wtedy mówiłaś od rzeczy i ponownie zasypiałaś. Ben powiedział, że to rodzaj pierwotnej osłony, że jego krew tak wpływa na wampiry. Gdy  dociera do organizmu wampira działa jak trucizna z tą różnicą, że oczywiście nie może doprowadzić do śmierci. Wtedy jedynym ratunkiem jest poczekać aż całkowicie wyparuje. W normalnych warunkach dzieje się to wraz ze wzrostem aktywności i wytwarzanej energii, ale ty byłaś nieprzytomna, więc ten cały proces uległ zaburzeniu. Przez cały ten czas nie mogliśmy cię karmić, stąd twoje dolegliwości. Ale teraz, gdy już rozmawiasz ze mną normalnie wiem, że resztki krwi Bena opuściły twój oraganizm...
- A co z Jeremiem?- zapytała Elena, ignorując swoje naturalne reakcje, które pojawiły się na samą wzmiankę o świeżej krwi- gdzie jest Damon? Muszę z nim porozmawiać...
- Jeremy jest pod dobrą opieką- odparła Bonnie z pokrzepiającym uśmiechem- ja i Ben pracujemy nad tym, żeby przywrócić go do naturalności a Damon... próbuje panować nad jego agresją.
- Co to znaczy?- zaniepokoiła się Elena. Przecież dobrze znała skłonności mrocznego wampira, wiedziała jakimi metodami się posługuje a jej siedemnastoletni braciszek czego by nie zrobił nie zasłużył na traumę do końca życia- chcę z nim porozmawiać- zażądała ponownie.
- Do usług- usłyszała w odpowiedzi męski głos, który z pewnością nie należał do jej przyjaciółki. Wampirzyca rozejrzała się zdezorientowana i w progu ujrzała Damona Salvatore we własnej osobie.
Z wrażenia aż zaparło jej dech. Czy on był kiedykolwiek równie przystojny i seksowny jak w tej chwili?
Jego jedwabiste kruczoczarne włosy były lśniące, nastroszone i zaczesane do tyłu. Czarna koszula idealnie podkreślała perfekcyjnie umięśnioną klatkę piersiową a rozpięty guziczek przy szyi odsłaniał fragment gładkiej skóry, której fakturę zdołała już poznać. Intensywnie lazurowe oczy w oprawie naturalnie długich i czarnych rzęs, których pozazdrościć mogłaby mu niejedna dziewczyna, wyraźnie odcinały się na tle bladej skóry. I wreszcie te zmysłowe pełne usta, które wręcz zapraszały do pocałunków a które teraz wygięte były w kpiarskim uśmiechu.
Damon widział dokładnie jej wzrok, prześlizgujący się po każdym centymetrze jego ciała i napawało go to dumą i satysfakcją. Opierał się nonszalancko o futrynę drzwi, niespiesznie obracając w palcach woreczek ze szpitalną krwią i czekał na moment, gdy dziewczyna wybudzi się z transu, w jaki teraz wpadła i uświadomi sobie, że właśnie bezczelnie rozbiera go wzrokiem, po czym spuści głowę i zakłopotana załozy włosy za ucho, rumieniąc się delikatnie na policzkach. Znał to na pamięć i podejrzewał, że i tym razem będzie tak samo.
I w końcu ich oczy się spotkały. Oboje zatonęli w swoich spojrzeniach, tracąc momentalnie komtakt z rzeczywistością. W tej chwili nie było rzeczy ważniejszej od głębi, w której mogli tonąć bez końca i tych wszystkich uczuć, na które natykali się po drodze. Radość, namiętność, pragnienie... To wszystko czaiło się gdzieś tam, nanizana na nitki czasu, czekając na dogodny moment, by się ujawnić.  kompletnie zapominając o Bonnie, siedzącej przecież na łóżku obok Eleny. Dopiero odchrząknięcie mulatki wybudziło ich z transu.
- Zostawię was samych- powiedziała czarownica i nie czekając na reakcję przyjaciółki ulotniła się z pokoju. Elena zmarszczyła brwi i zaśmiała się nerwowo, gdy Damon przysiadł na brzegu jej łóżka i podał jej woreczek z krwią. Niemal rozerwała opakowanie i przyssała się do rurki, przymykając oczy z rozkoszy. Była tak koszmarnie głodna...
Damon uśmiechnął się pod nosem i delikatnie pogładził ją po policzku.
- Spokojnie skarbie, wiem, że jesteś głodna- powiedział- musieliśmy cię trochę zagłodzić, ale spójrz na to z innej strony- teraz możesz jeść do woli i nie martwić się o figurę!
Elena nie mogła powstrzymać śmiechu na te słowa, ale pech chciał, że usta miała pełne krwi i częśc jej posiłku po prostu wypłynęła kącikami, plamiąc jej brodę na brunatno. Dziewczyna uśmiechnęła się przepraszająco, ale wampir tylko pokręcił na to głową i zaczął ją wycierać, stopniowo przybliżając się do niej coraz bardziej. Zamarli tak na dobrą sekundę, ledwie centymetry od swoich ust. On wciąż gładził ją po twarzy, choć już dawno otarł z niej krew a ona nie mogła przestać wpatrywać się w jego usta, które wręcz urosły w jej oczach. Damon przybliżył się powoli, powolutku i już ich wargi miały zatopić się w pocałunku, gdy...
- Co działo się przez ten tydzień?- spytała Elena na jednym wdechu, wprost w jego usta. Damon zamarł i przymknął powieki, licząc w myślach do dziesięciu, po czym odsunął się od niej i z lubieżnym uśmiechem, patrząc jej prosto w oczy, oblizał palce, wciąż brudne od krwi, którą wytarł z jej twarzy. Elena głośno przełknęła ślinę, ale choć serce tłukło jej się w piersi i on na sto procent to słyszał nie odwróciła wzroku.
- Najpierw najedz się do syta- zakomenderował, podając jej kolejne woreczki z krwią- ciepła Rh plus, chyba dobrze pamiętałem?- dodał z łobuzerskim uśmiechem. Elena przewróciła oczami i odkorkowała pierwszą zawleczkę, sącząc brunatny płyn. Kolejne dziesięć minut minęło im w ciszy. Damon z lubością obserwował, jak Elena zaspokaja jedną ze swoich podstawowych potrzeb, coraz spokojniej pijąc krew. Widział, jak kolory powoli wracają na jej twarz, jak napięcie, sygnalizujące ból i inne fizyczne objawy niedożywienia opuszcza jej ciało, jak dziewczyna powoli odzyskuje wigor i energię.
- No więc?- ponagliła go, gdy ostatnia porcja ciepłego płynu została przez nią opróżniona do cna.
- A co chcesz wiedzieć?- spytał Damon zrezygnowany. Miał nadzieję odroczyć tę nieuniknioną rozmowę jak najdalej w czasie a właściwie to miał nadzieję w tej chwili robić coś kompletnie innego, również za pomocą ust, ale jednak...
- Najlepiej wszystko- zarządziła Elena z pełnym  wigoru uśmiechem, którego tak brakowało mu przez ostatnie siedem dni, tym samym wyrywając go z jego marzeń. W oczach Damona zalśniły niebezpieczne iskierki, które spowodowały przyspieszone bicie jej serca. Damon zmrużył oczy seksownie i wydął usta w wyrazie wyższości.
- Może zacznę tam, gdzie wiedźma skończyła ci opowiadać- zaproponował z chytrym uśmiechem- byłaś nieprzytomna, budziłaś się średnio co cztery godziny cała rozpalona, gadałaś od rzeczy, mamrotałaś przez sen...
- Mamrotałam przez sen?- spytała dziewczyna, wytężając umysł, by przypomnieć sobie co takiego jej się śniło, ale w głowie miała  jedynie czarną dziurę- co  mówiłam?- dodała z obawą. Ten niebezpieczny błysk w jego oczach mówił jej, że to nic dobrego.
- Właściwie niewiele- odparł z pozoru obojętnym tonem. Nie wytrzyał jednak długo, bo już po chwili na jego twarz powrócił złośliwy uśmiech zdobywcy- poza tym, co już wiem: że jestem nieziemsko przystojny, że nie można mi się oprzeć, że marzysz o tym, żeby znów mnie pocałować...- z każdym słowem zbliżał się do niej coraz bardziej, ale Elena przerwała jego zabiegi jednym, mocnym uderzeniem puchowej poduszki. Damon jęknął teartalnie, udając wielkie cierpienie, ale to jedynie wywołało pobłażliwe spojrzenie Eleny i jej pełen kpiny uśmiech.
- Bądź poważny- poprosiła, wywracając oczami.
- Jestem całkowicie poważny- obruszył się wampir- a ty naprawdę uważasz, że jestem seksowny. Masz to wypisane na twarzy kochanie- dodał, celowo kładąc nacisk na ostatnie słowo.
Jego bezpośredność zbiła ją z tropu do tego stopnia, że na moment zaniemówiła, czując gorąco w każdym fragmencie swojego ciała.

"-Czy to było naprawdę aż tak widoczne?"- zastanawiała się gorączkowo. Przecież robiła wszystko, co tylko mogła, żeby się od niego odsunąć, oddzielić tę część swojej niechlubnej przeszłości grubą kreską i poskładać swoje życie a raczej to, co z niego zostało, z powrotem do kupy.
Damon chyba zauważył, jaki mętlik w jej głowie wywołały jego bezmyślne słowa, bo przestał się uśmiechać i wbił intensywne spojrzenie w jej oczy, jakby tam mógł wyczytać wszystkie sekrety jej duszy, których nigdy nie wyjawiłaby głośno. Przecież to miał być tylko niewinny żarcik, ale od chwili ich "małej" przygody w Nowym Yorku ona każde jego słowo brała aż nad to na serio i analizowała, jakby oceniając, czy jej zagraża.
- Księżniczko- szepnął, ujmując jej twarz w obie dłonie. Miejsca, których dotykały jego smukłe palce paliły ją żywym ogniem, spróbowała odwrócić od niego wzrok, ale jej na to nie pozwolił, uspokajająco gładząc ją po policzkach. Ale jego dotyk wcale jej nie uspokoił a jedynie pobudzić myśli i pragnienia, które chciała zakopać na samym dnie swojej świadomości- jakoś to będzie, nie? Wszystko się ułoży...
Widziała, ile wysiłku kosztowały go te słowa. Widziała, jak bardzo się starał.
"Jakoś to będzie" znaczyło tyle co: "Wiem, że to był tylko niewinny wybryk, że żałujesz. Wiem, że i tak pójdę w odstawkę, ale chcę chociaż móc być przy tobie, zawalczyć mimo, że na końcu to zawsze będzie Stefan". To bolało także i ją, nawet bardziej niż chciała to przyznać. I nie chodziło tylko o jej niezwykłą wrażliwość na ludzką krzywdę ani nawet o wyrzuty sumienia- to było coś znacznie prostszego, coś do czego potrafiła się przyznać i z czym umiała się pogodzić: Damon był dla niej ważny. Tyle razy ją ratował, służył radą i pomocą, tak wiele dobrego dla niej zrobił i tak bardzo wyróżnił się na tle innych ludzi, że nie mogło być inaczej.
- Damon...- szepnęła, odejmując jego dłonie od swojej twarzy. nie mogła już dłużej znieść jego dotyku ani tego intensywnego spojrzenia- dla mnie teraz najważniejszy jest mój brat- wyznała szczerze. Mimo wszystko nie chciała, żeby poczuł się odtrącony, po raz kolejny zresztą- i myślę, że w tej sytuacji dla ciebie tez powinien być. Wszystko inne może poczekać.
- Poczekać?- Damon spojrzał na nią z niedowierzaniem- już jutro możemy nie żyć!
- Proszę cię- jęknęła wampirzyca- dobrze wiesz, że...
- Wiem- przerwał jej Damon już spokojnie i uśmiechnął się blado- ale muszę cię o coś jeszcze zapytać.
- Jasne- Elena spojrzała na niego z nieskrywaną ciekawością i ulgą. Damon przygryzł wargę i zacisnął pięści, spuszczając wzrok. Denerwował się? Przecież to kompletnie nie było w jego stylu...
- Pamiętasz, co mi powiedziałaś wtedy, podczas pożaru, zanim straciłaś przytomność?- spytał gorączkowo, jakby jej odpowiedź była dla niego w tej chwili priorytetem, rzeczą niezbędną do życia. A ona zmarszczyła brwi, zmuszając się po raz kolejny do przeszukania wspomnień. Czy pamiętała?
Ogień, ból, obezwładniający dym, drgające z gorąca powietrze, strach... strach o Bonnie, o Damona, o  Jeremiego, który przecież robił to wszystko, będąc częściowo w transie... Ramiona Damona i jego oczy błagające, by się nie poddawała, by walczyła... I jego zmysłowe usta, widziane już przez mgłę, poruszające się coraz wolniej i wolniej...
- A powinnam?- spytała w końcu, ale zaraz tego pożałowała, bo nim Damon zdołał nad sobą zapanować na jego twarzy dostrzegła wyraźną rezygnację i rozczarowanie. Wampir uśmiechnął się do niej blado, krótko ścisnął jej dłoń i wstał.
- Nie, to nic ważnego- stwierdził siląc się na obojętny ton głosu i ruszył w kierunku drzwi- a co do Jeremiego to właśnie idę z nim trochę potrenować. Mówię ci, robi postępy.
- Co? Zaczekaj...- ale jej dalsze słowa stanowczo przerwało donośne trzaśnięcie drzwi. Elena została w pokoju sama.
Dziewczyna dała upust gotującym się w niej emocjom rozbijając wazon, stojący na stoliczku nocnym. Zacisnęła wargi, powstrzymując krzyk, który pragnął wydobyć się z jej piersi i z roztargnieniem spojrzała w okno.
Jej oczom ukazał się Damon, który w wampirzym pędzie kopał w dorodny dąb, który rósł w tym miejscu odkąd Elena sięgnęła pamięcią. Drzewo aż zatrzęsło się całe w posadach i przełamało na pół. Elena aż podskoczyła na ten widok. I dokładnie wtedy Damon spojrzał w  keirunku jej okna, chyba tylko po to, by ujrzeć jej przerażone spojrzenie i łzy, zbierające się kącikach oczu. Dziewczyna odkoczyła jak oparzona, oddychając ciężko. Nie chciała, żeby myślał, że go szpieguje.
Damon głośno przełknął ślinę i odszedł  w kierunku lasu.
W głowie Eleny wciąż uparcie krążyła jedna myśl: "To moja wina".


****

Marcel okążał swoich podwładnych, zaciskając usta w cienką linię. 
- Mieliście ich śledzić!- zagrzmiał a trójka średniej budowy chłopaczków aż skurczyła się w sobie- mieliście JĄ śledzić! A tymczasem wy wracacie tu z podkulonymi ogonami... 
- Panie, tam jest wampir potężniejszy od któregokolwiek z nas- odważył się odezwać blondwłosy Dominic drżącym głosem- kazał  się wynosić, groził śmiercią...
- A wy tak po prostu go posłuchaliście?- mulat cały aż trząsł się ze złości- samotnego wampirka...
- On jest potężniejszy...
- Milcz, już to słyszałem!- warknął Marcel- nie baliście się kręcić w pobliżu najpotężniejszych wampirów na świecie a przestraszyliście się jednego krwiopijcy mimo waszej liczebnej przewagi? Po co ja was przemieniłem do chlery?!
- Tamci nie wiedzieli o naszej obecności- bronił się słabo Dominic- on był..
 Ale mulat miał już dosyć tych bezsensownych tłumaczeń. Jednym zdecydowanym ruchem całą trójkę pozbawił głów. Trzy włochate piłeczki potoczyły się po podłodze, ich oczy zastygły w wyrazie zdziwienia. 
Marcel ponownie rozpoczął wędrówkę w tę i z powrotem, myśląc gorączkowo nad tą beznadziejną sytuacją. Musiał to jakoś rozwiązać, musiał mieć oko na Klausa i Rebekah. Wiedział, że zrobią wszystko, żeby go powstrzymać i ocalić brata. Musiał być krok przed nimi, umieć przewidzieć każdy ich ruch i mieć czas na zaplanowanie kontr-ataku. W dodatku ci trzej idioci zasiali w nim ziarenko zwątpienia. A co jeśli tam rzeczywiście krąży niepokonany wampir, broniący wstępu do miasta? Co jeśli rzeczywiście podobnie jak on znaleźli sobie potężnego sojusznika?

- Ja to zrobię- odezwała się milcząca dotąd Devina. Mulat zdziwiony zmrużył oczy, wpatrując się w jej czekoladowe tęczówki. Wciąż nie mógł przywyknąć do jej nowego wyglądu, choć niewątpliwie był o wiele bardziej korzystny niż poprzedni. Jej usta rozciągnęły się w chytrym uśmiechu. 
- Ja nikogo się nie boję, to inni boją się mnie- rzekła z pewnością- wyglądam jak te ich sobowtórki a przecież wszyscy je tam chołubią i kochają. Co może się nie udać?
Z każdym jej słowem troska na twarzy Marcela stopniowo ustępowała miejsca pełnej satysfkacji. 
- Nic. To plan idealny- stwierdził, wpijając się w jej pełne usta. 
Tak, zdecydowanie wolał ją w obecnym wydaniu. 


****


Elena westchnęła ciężko i podniosła się z łóżka. Miała dosyć bezczynności i ciągłego zadręczania się tymi wszystkimi problemami. Musiała im stawić czoła do cholery a nie chować się po kątach niczym mała, bezbronna dziewczynka. Z tą myślą opuściła pokój, w którym nieświadomie spędziła ostatni tydzień. 
- Damon już wrócił?- usłyszała głos Bena. No tak zapomniała o swoim wampirzym słuchu. Wzruszyła ramionami i zdecydowała się, żeby to zignorować. Potrzebowała pójść na spacer, potrzebowała odrobiny świeżego powietrza. Jednak kolejne słowa sprawiły, że wrosła w podłogę i nie mogła się ruszyć. 
- Wiesz, że wolałabym o tym nie rozmawiać- powiedziała Bonnie udręczonym głosem- nie popieram tego, nie cierpię jej okłamywać. 
- Elena to silna dziewczyna, ale wiesz, że nie zniosłaby czegoś takiego- zapewniał ją blondyn- wiesz, że to jedyne wyjście. Chyba, że wolisz narazić się Klausowi a tym samym zaryzykować życie swoje, Jeremiego, swoich przyjaciół...
- A co z jego zdrowiem psychicznym?- wybuchła mulatka- gdy już przywrócimy go do normalności jak myślisz, jak zniesie poczucie winy za tyle popełnionych zbrodni? Jak zniesie to, że Damon specjalnie dla niego przemieniał tych wszystkich ludzi? 
- Nie mieliśmy wyjścia i dobrze i tym wiesz- westchnął Ben- nie przejmuj się, wszystko będzie...
- Co?- niespodziewanie dla obojga do pokoju wkroczyła Elena z wściekłością wypisaną na twarzy- wszystko będzie dobrze, to chciałeś powiedzieć?! 
- Eleno...-zaczęła Bonnie, ale brunetka postawiła dłoń na sztorc, skutecznie ją uciszając. 
- Po prostu się zamknij- warknęła dziewczyna i szybkim krokiem kierując się w stronę drzwi- Jeremy!- wołała po drodze. 
- Eleno! Elena, nie!- krzyczeli za nią Bonnie i Ben, ale dziewczyna wykorzystała wampirze tempo, żeby ich zgubić. 
Znalazła się na werandzie, gdy usłyszała czyjś przeraźliwy okrzyk i pojedyncze warknięcie. Czym prędzej ruszyła w tamtym kierunku. Działała jak w amoku. Podbiegła do Damona, który przytrzymywał przerażonego mężczyznę tęgiej budowy i odrzuciła go ze dwa metry do przodu. Zaskoczenie zrobiło swoje i wampir osunął się po przeciwległym drzewie. Zaraz jednak podniósł się na nogi i spojrzał na zmierzającą w jego kierunku szybkim krokiem Elenę.
Jej długie włosy powiewały na wietrze niczym u średniowiecznej walecznej księżniczki. Jej ruchy były przyspieszone, wściekłe, oczy płonęły a twarz wyrażała żądzę mordu.  W tecj chwili przypominała mrocznego anioła zemsty, burzę nie do pokonania. Jednak zanim zdążyła do niego dotrzeć coś wpadło na nią z impetem, powalając ją na ziemię swoim ciężarem. 
- Jeremy- szepnęła oszołomiona, widząc tuż przed sobą twarz brata stężałą gniewem. Tak dawno go nie widziała, tak bardzo za nim tęskniła... Jednak w najśmielszych snach nie wyobrażała sobie, że będzie to wyglądało tak jak w tej chwili, że będzie musiała bronić się przed nim, jakby był jej wrogiem. 
Jeremy był naprawdę silny. Silniejszy niż ostatnim razem gdy ją zaatakował  i chyba bardziej zdecydowany. Nie zawahałby się wbić w jej delikatne ciało drewnianego kołka, gdyby coś nie odciągnęło go gwałtownie do tyłu. Bonnie i Ben podbiegli do niej i pomogli jej wstać, ale ona gwałtownie wyrwała się z ich uścisku, by wbić w Damona, trzymającego od tyłu wierzgającego nogami Jeremiego, mordercze spojrzenie. 
-Jak mogłeś psychopato?!- wrzasnęła. 
- Eleno, ja ci wszystko wyjaśnię- zaczęła Bonnie, stojąca za nią, ale Elena była wściekła bardziej niż kiedykolwiek i nawet nie miała ochoty tego słuchać. 
- Zamknij się wreszcie Bennett!- warknęła i ponownie spojrzała na Damona, który z wyraźnym wysiłkiem próbował zapanować nad młodym łowcą wampirów. Tymczasem mężczyzna, który miał się stać jego ofiara wykorzystał chwilę zamieszania i ulotnił się w wampirzym tempie. 
- Pięknie, uciekł nam! Gratuluję ci Eleno!- zakpił Damon- Teraz będzie terroryzować turystów. 
Elena zamarła i po chwili wystrzeliła jak z procy policzkując go z taką siłą, na jaką dotąd nigdy sobie nie pozwoliła. Jego twarz odskoczyła na bok a na policzku pojawiła się dosyć głęboka rana, która natychmiast nabiegła krwią. Damon powoli podniósł dłoń do twarzy a gdy ujrzał palce, zabarwione na brunatno spojrzał na dziewczynę z mieszaniną złości i dumy. 
- Ty mała...- zaczął, ale przerwało mu jej kolejne uderzenie, tym razem pięścią w nos. Nie dbała o konsekwencje, musiała dać upust swojej wściekłości i bezsilności. Jak on mógł jej to zrobić? Jak mógł?
- Zwykle nie biję kobiet, ale jeśli zaraz nie przestaniesz...- warknął, nastawiając nos z charakterystycznym chrupnięciem, jakie wydaje kość, powracająca na swoje miejsce.
- No dalej!- krzyknęła Elena- uderz mnie, po tobie już wszystkiego mogę się teraz spodziewać! 
W tym momencie Jeremy wyrwał się z silnego uścisku Damona i wystrzelił jak z procy w kierunku siostry, ale nim zdołał ponownie ją zaatakować Ben zareagował, wymawiając wyuczone formułki zaklęć i po chwili Jeremy upadł na ziemię bez przytomności. 
- Coś ty mu zrobił?!- wrzasnęła Elena na czarownika, z przerażeniem spoglądając na brata. Miała tego dosyć, nie wiedziała już komu może ufać a komu nie. Nie wiedziała, co powinna zrobić, jak sobie z tym wszystkim poradzić. 
- Unieszkodliwiłem go- odparł Ben spokojnie i bez wysiłku podniósł chłopaka- ale nie na długo, on jest coraz silniejszy. Zaniosę go do jego pokoju- dodał, po czym zniknął z ich pola widzenia. 
Elena znów spojrzała na Damona, po jej policzkach sływały gorzkie łzy. Ten widok ranił jego martwe serce, ale nie dał tego po sobie poznać, zachowując kamienny wyraz twarzy. 
- Jak mogłeś?!- ponownie zapytała, uderzając w jego tors z całą siłą, jaką w sobie miała- jak mogłeś to zrobić, łajdaku?! Nienawidzę cię! Nienawidzę!
Salvatore stał spokojnie, pozwalając jej się wypłakać i wyrzyć a gdy zauważył, że powoli opada z sił chwycił w locie jej nadgarstki i spojrzał głęboko w oczy. 
- Nie mieliśmy wyjścia- powiedział, dokładnie artykułując każdą literę- uwierz mi, to było najlepsze rozwiązanie...
- Najlepsze rozwiązanie?!- warknęła, wyrywając się z jego uścisku i zaczęła krążyć nerwowo niczym pies, goniący swój ogon- zabijanie niewinnych ludzi uważasz za rozwiązanie?! Pomyślałeś, jak on może się z tym czuć?! Profesora Shane'a, Meredith Fell i tych wszystkich innych, którzy pukali do jego domu też przemieniłeś?! Może wszyscy o tym wiedzieli, tylko ukrywali przede mną prawdę?! Macie mnie za idotkę?!
- A ty myślisz, że byłbym taki bezduszny?! Myślisz, że zrobiłbym ci coś takiego?! - również krzyknął, tracąc cierpliwość. Wreszcie jego wybuchowy temperament dał o sobie znać. 
- Tak! Oczywiście, że tak! Jak zwykle, nie liczy się dla ciebie nic poza własnymi chorymi ambicjami! Tak naprawdę to zawiodłam się tylko na tobie- dodała z żalem spoglądając na przyjaciółkę, która pod siłą tego spojrzenia aż spuściła wrok- Po Damonie mogłam się tego spodziewać, ale ty? Jak mogłaś zrobić to mi?! Jak mogłaś zrobić to Jeremiemu?!
Odpowiedziała jej cisza. Elena tylko pokręciła głową i ruszyła w stronę domku. 
- Zabieram mojego brata- rzuciła jeszcze przez ramię- nie pozwolę na to wszystko...
- Jak zamierzasz to zrobić? On cię zabije przy pierwszej lepszej okazji!- zawołał za nią Damon. Wiedział, że w tym stanie była zdolna do wszystkiego a tym bardziej do spełnienia swojej groźby. Musiał chociaż spróbować powstrzymać ją w sposób cywilizowany, nim wcieli w życie plan, przez który ponownie go znienawidzi- to nie byli niewinni ludzie, tylko okrutni mordercy! Tak naprawdę tylko przysłużyliśmy się społeczeństwu!
Elena zamarła i powoli odwróciła się w jego kierunku. 
- Nie mieliście prawa- powiedziała głosem nabrzmiałym od łez-nie chcę was więcej widzieć- dodała już spokojniej i zniknęła za drzwiami domku. Trzaśnięcie drzwi jej pokoju usłyszała nawet Bonnie, która cała się trzęsła od targającego nią szlochu. 
Damon przygryzł dolną wargę i wymienił krótkie spojrzenie z czarownicą. W jego głowie wciąż pobrzmiewały  złowieszcze słowa Eleny: 

"Nie chcę was więcej widzieć"
"Nie chcę was więcej widzieć"
"Nie chcę was więcej widzieć"
                                                        "Nie chcę was więcej widzieć..."