środa, 3 września 2014

Rozdział 9- Koniec nie zawsze rodzi początek

                        



Dobra zabawa, alkohol i krew jakoś dziś nie przynosiły ukojenia. Mimo tylu wypitych drinków nie mógł wyrzucić z pamięci obrazu swego brata i Eleny, obściskujących się w taki czuły sposób na powitanie. Mimo tylu rozerwanych tętnic wciąż nie mógł pozbyć się tego cholernego bólu, który rozprzestrzeniał się od miejsca w którym biło jego wampirze serce i opanowywał całe jego ciało i umysł. Mimo tylu pięknych kobiecych ciał i tylu pocałunków wciąż nie mógł zapomnieć smaku warg Eleny i kształu jej powabnego ciała ani tym bardziej tego przyjemnego uczucia, gdy mógł trzymać ją w objęciach i kosztować za każdym razem, gdy naszła go taka ochota. A nachodziła go bardzo często... Cholera.
Nie mógł już tego dłużej znieść. Musiał się znieczulić, bo powoli tracił zmysły. Opuścił bar około godziny pierwszej w nocy i ruszył ulicą w drodze donikąd. W pewnym momencie mrok rozświetliły migączące w oddali światła jakiegoś samochodu a twarz Damona rozciągnęła się w drapieżnym uśmiechu, gdy połozył się w poprzek jezdni sprawiając, że stała się nieprzejedna. On był łowcą a te naiwne, skamlące owieczki były ofiarami, których zyły z łatwością i bez żadnych sprupułów osuszył do cna. Miały pecha, że trafiły akurat na niego- bezdusznego krwiopijcę, nieczułego na krzyki i błagania. Po wszystkim czuł się lepiej, o wiele lepiej. Z ironią stwierdził, że z przyjemnością wróci teraz do domu i być może nawet spotka się ze słodką Eleną. Niech dziewczyna ma satysfakcję z tego, że choć raz  w życiu miała rację, przynajmniej co do niego. Uśmiechając się złośliwie ruszył w drogę powrotną, zbroczoną krwią i ciałami jego dzisiejszych ofiar. W tej chwili miał gdzieś Radę i całe to zakichane miasteczko. Ból zniknął. Wszystko inne także.

***************************************


- Wiedźma, która cię uprowadziła chciała mnie?- zdziwił się Jeremy, siadając na kanapie obok siostry- ale po co? 
- Nie mam pojęcia- przyznała Elena niechętnie- ale przysięgam się dowiedzieć- dodała z mocą, ściskając jego dłoń. Podskoczyła w miejscu w momencie, w którym Stefan ujął jej drugą dłoń i ucałował jej zewnętrzną stronę, chcąc dodać jej otuchy. Gdy odsunęła się od niego niepewnie, wszyscy obecni posłali jej zdziwione spojrzenia. Ona sama nie bardzo wiedziała, co nią w tym momencie kierowało. Od momentu, w którym zobaczyła przeszywający ją na wskroć, pełen ukrytego cierpienia wzrok Damona nie mogła spojrzeć Stefanowi w oczy, ba, ona po raz pierwszy w życiu czuła się w jego towarzystwie niepewnie i tak bardzo nie na swoim miejscu jak to tylko możliwe. Pod wpływem świdrującego spojrzenia Stefana i pozostałych przyjaciół spuściła wzrok i kilkukrotnie otworzyła usta, ale nie wydobyły się z nich żadne słowa wyjaśnienia. Wreszcie dziewczyna pokręciła głową, jakby próbowała pozbyć się jakichś natętnych myśli i zerwała się na równe nogi. - Muszę odpocząć- wyjąkała ze wzrokiem wbitym w dywan i w wampirzym tempie wbiegła na piętro, zatrzaskując się w jednym z gościnnych pokoi. - Co ją ugryzło?- zapytał Tyler, marszcząc brwi. Matt bezradnie pokręcił głową na znak, że nie ma pojęcia a Caroline tylko uśmiechnęła się niepewnie. - Pewnie jest bardzo zmęczona- mruknęła- jak tylko wydobrzeje wszystko wróci do normy. - Właśnie- poparł ją Stefan, wstając z kanapy- jak my wszyscy. Za nami trudny okres, musimy odpocząć a potem pomyślimy co dalej. - Będzie dobrze- uśmiechnęła się Bonnie, widząc jego kwaśną minę i żegnając się z przyjaciółmi wraz z Benem opuściła Pensjonat. Jeremy patrzył za nimi z mściwością, podczas gdy powoli reszta rozchodziła się do domów. Tyler zaoferował się podwieźć Caroline, która ochoczo przystała na jego propozycję i po chwili już ich nie było a Matt miał nocną zmianę w Grillu, więc czym prędzej popędził do pracy, zostawiając nadnaturalne problemy za sobą. Po chwili  Stefan i Jeremy zdecydowali się zażyć odribinę odpoczynku i  ruszyli na piętro. Mijając pokój, w którym zatrzymała się Elena Stefan cudem oparł się pokusie, żeby do niej zajrzeć. Chciał ją chociaż przytulić, zobaczyć jej uśmiech, dotknąć jej i usłyszeć, że wszystko będzie dobrze, choćby miało być to największym kłamstwem w historii świata. Odkąd Damon wyszedł nie wiadomo dokąd Elena wydawała się jakaś taka przygaszona i nieobecna, mimo, że starała się to ukryć za tym swoim zniewalającym uśmiechem. Stefan sądził, że teraz uda im się to wszystko jakoś wyjaśnić i poskładać w całość, ale ona odgrodziła się od niego niewidzialnym murem, którego nie potrafił sforsować. Wybrała osobny pokój, daleko od jego pokoju mimo, że tam zostawiła wiele swoich, zapewne potrzebnych rzeczy. Wyraźnie chciała być sama i to bolało najbardziej. Bo przecież była sama przez ostatnie trzy miesiące i wciąż nie było jej dość. 

**************************************************

- Myślisz, że wszystko się ułoży?- zapytała Caroline, gdy zaparkowali przed jej domem, spoglądając na Tylera wyczekująco. Brunet westchnął ciężko, przygryzając dolną wargę. - Nie wiem- szepnął, bezradnie wzruszając ramionami- ale bardzo bym tego chciał-dodał, spoglądając na nią z bólem. To spojrzenie sprawiło, że po jej plecach przebiegł jakiś dziwny prąd, który zmusił jej serce niemal do galopu. Tyler patrzył na nią chyba przez wieczność, stopniowo się do niej zbliżając a ona nie miała w sobie dość siły, aby zaprotestować. Jego oczy mówiły wszystko. Zaglądały w najskrytsze zakamarki jej duszy a ona nie umiała się przed tym bronić. Gdy przycisnął swoje usta do jej warg była przegrana- przywarła do niego całą sobą, oddając się temu słodkiemu jak miód pocałunkowi całym swoim osiemnastoletnim sercem, zapominając o bożym świecie. Wplotła palce w jego ciemne włosy, wzdychając z ekscytacji. Przez chwilę wszystko było tak jak dawniej- byli po prostu zakochaną w sobie parą szczeniaków, które jakimś cudem miały przed sobą całą wieczność na spory i nastoletnie kłótnie i pragnęły cieszyć się chwilami pierwszych miłosnych zawirowań. Ale Caroline dobrze wiedziała, że oszukuje samą siebie, pragnąc przywrócić czasy, które już dawno minęły. Może i wtedy było łatwiej, ale to nie znaczy że lepiej. Zbyt wiele się wydarzyło, zbyt wiele spraw przestało mieć znaczenie na rzecz innych, ważniejszych. Caroline dorosła, wiele zrozumiała i wiele nauczyła się przez ten czas, stając się niezależną i odpowiedzialną młodą kobietą, jednak Tyler nie był obecny w procesie jej ewolucji. Każdy ruch jego warg i języka, który delikatnie podrażniał jej podniebienie przypominał o tym, że nie było go przy niej, gdy najbardziej go potrzebowała i gdy on najbardziej potzrebował jej. Przypominał o tym, że zemsta była dla niego ważniejsza od ludzi, którzy go kochali, była ważniejsza od wszystkiego, w co oboje przecież wierzyli. Był gotowy, by to stracić i chyba właśnie tak się stało. Nie mogła tak po prostu o tych wszystkich nieporozumieniach i cierpieniach zapomnieć. Nie byłaby w stanie spojrzeć w lustro, gdyby to zrobiła. Gdy więc ciepłe dłonie Tylera delikatnie wsunęły się za materiał jej koronkowej bluzeczki, muskając gładką skórę brzucha i pleców, dziewczyna zdecydowanym ruchem odsunęła go od siebie i ignorując jego zdziwione spojrzenie zapatrzyła się w przestrzeń, nerwowo przygryzając dolną wargę.
- Caroline, ja...- zaczął Tyler, jednak blondynka powstrzymała go ruchem ręki.
- Martwię się o naszych przyjaciół, o naszą przyszłość. O Elenę, Stefana, Bonnie i Matta. Wszystko się pokomplikowało i nie ma już odwrotu, musismy sobie z tym poradzić razem- podkreśliła dobitnie- jednak to, że jestem rozbita, niepewna i smutna nie oznacza, że masz prawo, by pocieszać mnie w taki sposób. Straciłeś je z chwilą, gdy z własnej woli mnie zostawiłeś. Jesteś jedną z najważniejszych osób w moim życiu i chyba bym umarła gdyby coś ci się stało, jednak nic więcej. Walczę o ciebie, bo jesteś moim przyjacielem, ale nie mogę być z kimś, kto postępuje w ten sposób. Jeżeli kiedyś dojrzejesz, zrozumiesz mnie, ale wiem, że w tej chwili to boli. Bardzo mi przykro, ale to ty pierwszy zadałeś mi cios i teraz musisz zmierzyć się z konsekwencjami jak dorosły facet.  Nie mam w zwyczaju całować się albo iść do łóżka z kimś, z kim nie jestem w związku. To była dawna Caroline, a ty nie miałeś jeszcze okazji poznać mojego nowego wcielenia. Mam do siebie minimum szacunku i ty też musisz się nauczyć opierać własnym żądzą i pragnieniom, bo to już nie raz cię zgubiło. A teraz wybacz, ale mama na pewno się o mnie martwi. Dobranoc.- Dziewczyna zakończyła swój monolog głośnym zaczerpnięciem tchu i już miała wysiadać, gdy Tyler chwycił ją za ramię, odwracając w swoją stronę i przybliżył się do niej ponownie na odległość pocałunku.
- Ja kocham cię w każdym wydaniu- wyznał i zbliżył się jeszcze bardziej, składając na jej policzku delikatny, ale za to bardzo sugestywny pocałunek- a gdy już będziesz leżeć w łóżku i zadręczając się tym, że być może powiedziałaś za dużo, albo w zbyt gorzkich słowach, wiedz, że to wszystko było piękne i prawdziwe. Właśnie dlatego cię kocham- jesteś moim aniołem stróżem, który chroni mnie przed popełnieniem największych głupot i zawsze jest obok, by skopać mi tyłek, gdy coś sknocę. Nie mogę cię stracić, nie ważne czy jako dziewczynę czy też po prostu przyjaciółkę. Caroline na moment zamarła, spiorunowana wrażeniem, jakie wywarło na niej to wyznanie, ale chwilę potem otrząsnęła się z szoku i bez słowa opuściła auto, zostawiając Tylera samego, pogrążonego we własnych myślach. Gdy tylko dotarła do swojej sypialni natychmiast rzuciła się do okna i odkryła, że wóz chłopaka wciąż stoi w tym samym miejscu co wcześniej a sam kierowca spogląda prosto w jej stronę znad uchylonej szyby. Nie potrafiła się cofnąć, toteż trwała w bezruchu do momentu, w którym Tyler ostatecznie odpalił silnik i z piskiem opon odjechał, pozostawiając po sobie poczucie pustki i osamotnienia. Blondynka z ciężkim westchnieniem rzuciła się na łóżko nawet nie raczywszy zdjąć butów. Skurczybyk miał rację- zadręczała się.
"Dziś już raczej nie zasnę"- pomyślała z rezygnacją.


********************************************


Drogi pamiętniku! Jestem idotką. Teraz mam już stuprocentową pewność, że nie ma we mnie za grosz moralności i inteligencji.  Nie sądziłam, że prawda może być tak bolesna i trudna do przyjęcia. Prawda powinna wyzwalać, dawać poczucie bezpieczeństwa i szczęście, a tymczasem sprawia ból większy od kłamstwa, w którym dotąd starałam się żyć. Damon przeze mnie cierpi, Stefan przeze mnie cierpi. Wszyscy moi przyjaciele przeze mnie cierpią. A to wszystko dlatego, że jestem największą idiotką w dziejach świata. Żałosne. Nie mogę spojrzeć w oczy Damona. Nie umiem patrzeć na jego ból, choć po tym co zrobił powinno mi to sprawiać przyjemność. Boję się, co teraz zrobi, boję się zbliżyć do Stefana. Za chwilę zacznę bać się własnego cienia a nie chcę tego. Zaczynam popadać w paranoję. Wiem do czego zdolny jest skrzywdzony Damon. Wiem, do czego w ogóle jest zdolny a ostatnimi czasy udowodnił mi tylko, że wcale nie zmienił się tak bardzo, jak starał się to pokazać. Jego zachowanie i nastroje zależą ode mnie a ja go zraniłam. Czy będzie chciał się mścić? Już sobie wyobrażam te jego niewybredne aluzję i niby to luźne żarciki, które będą miały za zadanie zranić mnie albo wzbudzić moje poczucie winy. Będzie mnie tak katował przez wieczność sprawiając, że stracę tych, na których opinii zależy mi najbardziej aż ostatecznie zdepcze moją relację ze Stefanem, niszcząc to na co tak ciężko pracowaliśmy. Jego również stracę- czegoś takiego się nie wybacza. Żaden z nich mi nie wybaczy. Chyba właśnie popadłam w paranoję. Elena podskoczyła gwałtownie, słysząc pukanie w szybę, ale odetchnęła z ulgą widząc roześmianą twarz Caroline. Schowała pamiętnik pod poduszkę i podeszła do okna, wpuszczając przyjaciółkę do środka.
- Co tu robisz?- spytała zaciekawiona, siadając na łóżku obok blondynki.
- Stęskniłam się- oznajmiła dziewczyna szeptem- postanowiłam cię odwiedzić.
- Serio Caro, powiedz co się dzieje- Elena zawsze perfekcyjnie wyczuwała, gdy z którymś z jej przyjaciół działo się coś niedobrego. Ta umiejętność często postrzegana była jako dar, jednak konkretnie w tym momencie to było najgorsze przekleństwo z możliwych. Caroline westchnęła ciężko, pocierając skronie.
- Całowałam się z Tylerem- wyznała w końcu, przygryzając dolną wargę nerwowo i z ironią godną samego Damona zauważyła, że dzisiejszego dnia zdażyło się to więcej razy, niż w ciągu całego jej życia.
- To nic złego- powiedziała brunetka, ścierając samotną łzę, spływającą po policzku przyjaciółki i uśmiechnęła się do niej delikatnie- wciąż się kochacie a Tyler już i tak wiele przeszedł i zrozumiał swoje błędy. Po co karać go dwa razy i przy okazji jeszcze siebie?
- A ty? Dlaczego każesz Stefana?- odbiła pałeczkę blondynka, wnikliwie badając twarz Eleny z której zniknęły wszelkie oznaki rozbawienia.
- Nie o tym chciałaś ze mną rozmawiać- odparła dziewczyna wymijająco.
- Ale ja tak bardzo bym chciała, żeby wam się ułożyło!- wykrzyknęła nagle blondynka z przejęciem- jesteście dla siebie idealni, niczym Romeo i Julia. Nie pozwól, żeby jakiś tam Parys to zniszczył.
Elena zmarszczyła brwi, spoglądając na dziewczynę jakby zwiariowala.
- Okej, po pierwsze ciszej, bo gdzieś tu śpi Jeremy a Stefan i Damon mają wampirzy słuch- odparła, siłą woli powstrzymując się przed warknięciem- po drugie nie mam zielonego pojęcia o czym ty mówisz. Rozumiem, że jesteś postrzeloną romantyczką, ale żeby...
- Doskonale wiesz o czym mówię- prychnęła Caroline- chodzi o to wszystko, co robi Damon, aby was rozdzielić. Wiem, że jest pociągający, seksowny i Bóg wie co jeszcze, ale nie zapominaj, że on marzy jedynie, żeby cię przelecieć a to dlatego, że jesteś tą, która mu się opiera.
- A więc uważasz, że jego zaangażowanie w odzyskanie Stefana było jedynie pretekstem do tego, żeby zaciągnąć mnie do łóżka?!- warknęła Elena, zrywając się z miejsca- Myślisz, że tyle razy narażał dla mnie i przy okazji dla moich przyjaciół życie ze zwykłego kaprysu, albo żeby zaspokoić jakieś swoje wygórowane ambicje?! Myślisz, że troszczył i troszczy się o mnie, bo ma nadzieję na nagrodę?! Myślisz, że tyle czasu zmarnował po to, żeby mnie przelecieć?! A co, gdybym ci powiedziała, że już to zrobił a mimo to trwa przy mnie, wciąż twierdząc, że mu na mnie zależy?!
- Nie mówisz poważnie!- teraz to Caroline podniosła głos, stając z przyjaciółką twarzą w twarz. Gdyby spojrzenia mogły zabijać w tej chwili obie padłyby trupem.
- Nie, nie mówię poważnie- wysyczała Elena- a teraz wynoś się. Jestem zmęczona.
Caroline otworzyła usta szeroko, zszokowana, ale w końcu pod naciskiem spojrzenia Eleny odwróciła się na pięcie urażona, po czym ulotniła się z Pensjonatu w wampirzym tempie. Elena opadła na łóżko, kręcąc głową z niedowierzaniem. Teraz już wiedziała, że na pewno tej nocy nie zaśnie. Nie miała pojęcia, co tak ją rozwścieczyło, chyba chodziło o samą perspektywę Damona, jako podłego intryganta. To znaczy wiedziała, że był podłym intrygantem, ale nigdy nie względem niej a przynajmniej nie w taki perfidny sposób, w jaki przedstawiła to Caroline. Powinna być już przyzwyczajona do tego, w jaki sposób jej przyjaciele odnoszą się do Damona, bo często sama miała do niego podobny stosunek. Mimo to nie spodziewała się tylu ostrych słów i to w jakiś przedziwny sposób godziło bezpośrednio w jej osobę. Czuła się zraniona, choć wcale nie powinna. W gruncie rzeczy Caro powiedziała samą gorzką prawdę, w końcu przed swoim porwaniem sama oskarżyła Damona o podobny fałsz i zakłamanie. Co się z nią działo? Elena westchnęła ciężko i wstała, postanawiając iść do kuchni- jedynego nieużywanego pomieszczenia w tym domu. Potrzebowała szklanki wody i chwili świętego spokoju. Na to drugie niestety nie miała co liczyć.
- Uuu.. gorąąco - ktoś za nią zamruczał, przeciągając głoski  a ją aż przeszły ciarki pod wpływem tych kilku prostych słów i upuściła szklankę z wodą, która rozbiła się w drobny mak. Dziewczyna wzięła głęboki oddech i odwróciła się przodem do Damona, który lustrował ją od stóp do głów, uśmiechając się uwodzicielsko i zatrzymując spojrzenie na dłużej na głębokim dekolcie jej zwiewnej, sięgającej połowy ud jedwabnej koszuli nocnej. Siła tego spojrzenia sprawiała, że Elena czuła się niemal naga i zapragnęła czym prędzej zniknąć z jego pola widzenia. Nie mogła mu jednak dać tej satysfakcji.
- Widzisz, co narobiłeś?- spytała chłodno, zabierając się za wycieranie mokrej plamy na podłodze i zbierania potłuczonego szkła. Żmudna praca, ale przynajmniej miała pretekst, by nie patrzeć mu w oczy. Mimo to czuła jego przeszywający wzrok dosłownie w każdej częsci swojego ciała i to wystarczyło, aby zrobiło jej się nieznośnie gorąco. To z kolei wprawiło ją w jeszcze gorszy nastrój a świadomość, że ma prawo bezkarnie wyżyć się na Damonie przynosiła ukojenie. Czy to już podpada pod chorobę psychiczną?
- Nie moja wina, że z ciebie taka sierota- prychnął wampir- ups, wybacz. To chyba wciąż za wcześnie- dodał złośliwie, gdy dziewczyna zmroziła go wzrokiem. Ta zareagowała instynktownie- chwyciła całą garść drobinek szkła, które zostały po rozbitej szklance i rzuciła w Damona. Brunet zasyczał dziko, gdy wbiły się w jego ciało, powodując tępy ból. Czerpała satysfakcję z myśli, że aby je usunąć będzie potrzebował mnóstwo cierpliwości, której o dziwo nie posiadał w nadmiarze.
- Dupek- wycedziła, wprost do jego warg. Już chciała odejść, gdy Damon chwycił ją pod ramię, przyciągając do siebie.
- Muszę być dupkiem, skoro mnie nienawidzisz- zauważył, uśmiechając się chytrze- w końcu jestem jak ten Parys, który marzy tylko o tym, żeby cię przelecieć... ups, chyba jednak już to zrobiłem.
- Podsłuchiwałeś !- wykrzyknęła dziewczyna w świętym oburzeniu. O dziwo ten fakt mocniej nią wstrząsnął niż te jego tandetne żarciki, dotyczące ich wspólnych... przygód, to chyba dobre określenie.
- Wróciłem do domu i usłyszałem twoją rozmowę z blondi na temat Stefcia... Wiesz, że mam naturę odkrywcy- uśmiechnął się czarująco, ale na niej nie robiło to wrażenia. Nie wtedy, gdy była taka wściekła.
- Na twoim miejscu kupiłabym sobie pinsetę- odparła złośliwie- pozbywanie się tych odłamków może zająć ci trochę czasu... Jak dobrze, że masz na to całą wieczność.
- Nie myśl, że to pozostanie bez echa- z jego twarzy wciąż nie schodził ten jego irytujący uśmieszek- czy Stefan wie o naszych nowojorskich przygodach? Jesteś pewna, że chcesz wskrzesić ten związek, ponownie budując go na kłamstwie?
- To nie twoja sprawa!
- Jak to nie? To przecież mój kochany braciszek i nie mogę pozwolić, żebyś go raniła. Ja tu jestem jedynym, który powinien dostawać od ciebie po głowie, zapomniałaś? Jestem jedynym, który ma prawo cierpieć. Jestem w końcu wielkim, złym wampirem pozbawionym uczuć. Bez skrupułów zrujnuję Stefanowi jego bajeczkę, uświadamiając, że już wiem, jaka jego dziewczyna potrafi być niegrzeczna w łóżku. Jak myślisz, jak zareaguje? Podejrzewam, że on nie miał okazji w pełni przetestować wszystkich twoich zdolności manualnych i hm... ustnych, chyba mogę to tak nazywać? Biedny chłopczyk, nie wie, co stracił- dodał, lubieżnie oblizując wargi. W tym samym momencie jego głowa gwałtownie odskoczyła do tyłu pod wpływem zetknięcia z rozpędzoną dłonią Eleny. Wampir z niedowierzaniem potarł nabiegły krwią policzek, piorunując dziewczynę spojrzeniem.
- Wykorzystałeś to, że byłam pijana a potem rozdarta i roztrzęsiona i teraz śmiesz mnie obrażać i szantażować?- warknęła brunetka, zbliżając się do niego na odległość pocałunku. Jej oczy ciskały błyskawice a wargi zaciśniete były w cienką linię, co mogło oznaczać, że była wściekła. Bardzo, bardzo wściekła. Czy to normalne, że poczuł z tego powodu dziką satysfakcję i pożądanie, które w jednej chwili opanowało całe jego ciało? Nie mówiąc już o tym ciepłym, rozkosznym uczuciu, ktore ogarnęło go na myśl o tym, jaka ona jest śliczna i słodka, gdy się złości.
- Czy takie wytłumaczenie choć trochę cię uspokaja i ucisza wyrzuty sumienia?- spytał Damon spokojnie, przekrzywiając głowę z zainteresowaniem- bo prawda jest taka, że zwyczajnie poddałaś się swoim pragnieniom. Nawet ty od czasu do czasu potrzebujesz seksu a z tego co wiem od wyjazdu Stefana nie miałaś okazji zaspokoić swoich żądz. Powinnaś się cieszyć, że znalazł się ktoś, kto z przyjemnością ci pomógł. Twoja frustracja zaczynała już powoli działać mi na nerwy.
Elena otworzyła usta szeroko, osłupiała, jednak na szczęście lub też nie od odpowiedzi uratował ją donośny krzyk, mogący należeć jedynie do jej brata. Dziewczyna momentalnie zapomniała o wszystkim innym i rzuciła się w kierunku, z którego dochodził owy hałas. Damon bez słowa popędził za nią. Razem wbiegli po schodach i zapewne dziewczyna przewróciłaby się, gdyby nie silne ramiona Damona, które jak zwykle uchroniły ją przed upadkiem. Gdy tylko złapała równowagę jak burza wpadła  do pokoju Jeremiego, jednak nikogo w nim nie zastała.
- Jer?- zawołała donośnie, a wabiona  odgłosem  tłuczonych naczyń i dzikich, niemal zwierzęcych okrzyków biegała po całym piętrze, by w końcu dotrzeć do jednego z gościnnych pokoi, gdzie ujrzała swojego brata, szamoczącego się w silnym uścisku Stefana. Chłopak krzyczał i warczał, wierzgając nogami na wszystkie strony i zrzucając w ten sposób  znajdujące się na półkach przedmioty a wampirowi z trudem udawało się go ujarzmić. Biała pościel na łóżku była skotłowana i poplamiona czymś, co pachniało jak wampirza krew. Na podłodze leżał drewniany kołek, przy którym klęczała... Zaraz, czy to nie jest....
- Katherine?- warknęła Elena z niedowierzaniem, odpychając wampirzycę, by ostatecznie dotrzeć do brata. Chłopak sprawiał wrażenie jakby oszalał- krzyczał i rzucał się, nawet nie dostrzegając jej obecności i jakby nie słysząc jej kojącego  głosu.
- Co się dzieje?!- zapytała Elena Stefana, na którego czoło wstąpiły już kropelki potu co było dziwne jak na wampira, starając się jednocześnie przekrzyczeć wrzaski brata. - Zaatakował mnie- krzyknęła Katherine, rozwścieczona, próbując jednocześnie rzucić się w kierunku nastolatka, co okazało się niemożliwe za sprawą silnego uścisku Damona na jej poranionym przedramieniu. Wampirzyca syknęła z bólu i posłała mu nienawistne spojrzenie. Ten tylko uśmiechnął się chytrze, mocniej wbijając paznokcie w jej ranę.
- To tylko zadrapanie, nie dramatyzuj- powiedział z miną niewiniątka- do wesela się zagoi. Choć na to, że ktoś zechce ci przysiądz miłość aż po grób nie masz co liczyć, no chyba że ten ktoś będzie zwykłym samobójcą- dodał ze złośliwym uśmiechem. Tymczasem Elena spróbowała przejąć od młodszego Salvatore'a swojego brata, co okazało się wcale nie takim prostym przedsięwzięciem. Nawet nie wiedziała, że Jeremy miał w sobie tyle siły i skrywanej agresji. Gdy warknął na nią po jej ciele przebiegł zimny dreszcz. Przytuliła go do siebie, próbując uspokoić, ale on wciąż nie mógł powstrzymać targających nim konwulsji. - Co się stało?- spytała łagodnie, głądząc go po plecach i mierzwiąc nieco przydługie już włosy- braciszku, proszę powiedz mi. Wszystko przecież będzie dobrze. Proszę, powiedz mi co się dzieje.
- Śni...Śniło mi się, żeeee....żee cię zabijam- wyjąkał chłopak ledwo słyszalnie, w tej samej chwili poddając się uściskowi siostry i chowając twarz w jej włosach- jaaa... jaaa wiem.... wiedziałem, że to było coś dobrego i... i czułem, że powinienem zakończyć twoje życie, bo.... bo ty jesteś zła... czułem, że jesteś... - I dlatego próbowałeś mnie zabić?- warknęła Katherine, ale została gwałtownie uciszona przez Damona.
- Ciii- wyszeptała Elena- to był tylko sen. Zły sen, nic więcej. Przecież ja cały czas będę przy tobie. Nigdy cię nie zostawię, słyszysz? Nie pozwolę cię skrzywdzić. Jesteśmy rodzeństwem, oprócz ciebie nie mam już nikogo. Kocham cię, już dobrze...
W tym momencie wszelkie hamulce puściły i Jeremy wybuchnął rozpaczliwym płaczem. Gdzieś z boku Damon prychnął pogardliwie, ale Elena zignorowała go, mocniej przytulając brata, który na jej ramię wylewał wszystkie swoje żale, które przez tyle czasu kotłowały się w jego siedemnastoletnim sercu. Opłakiwał nie tylko swój zatrważająco realny sen- opłakiwał swoją relację z Bonnie, każdą sekundę, gdy myślał, że stracił siostrę na zawsze i każdą chwilę, gdy czuł się kompletnie niepotrzebny podczas poszukiwania wampirzycy. Stefan wymienił z Eleną delikatny uśmiech i zabrał się za porządkowanie tego małego bałaganu, który zrobił jej brat ciesząc się jednocześnie, że burzę mają już za sobą. - Lądujesz w piwnicy- warknął Damon, ciągnąc opierającą się Katherine za sobą, ale dokładnie w tym samym czasie zdarzyło się kilka rzeczy- Stefan odwrócił się tyłem, chcąc postawić figurkę żołnierza na miejsce i dokładnie w tym momencie oczy Jeremiego zapłonęły i nim ktokolwiek zdołał go powstrzymać chłopak zerwał się na równe nogi, chwycił za wciąż  leżący na ziemi kołek i wbił go głęboko w plecy Stefana sprawiając, że ten osunął się na kolana z głośnym jękiem.
- Jeremy!- zawołała Elena z przerażeniem, podczas gdy Damon w przeciągu sekundy znalazł się tuż przy nim, rozbrajając go doszczętnie i rzucając na podłogę.
- Przestań!- warknęła dziewczyna, przerażona tym morderczym wyrazem twarzy brata. Chłopak obnarzył zęby niczym najprawdziwsze zwierzę i syczał na nich, jakby byli jego wrogami. Zachowywał się jak ktoś obcy.
- Jer...- szepnęła Elena niepewnie, wyciągając przed siebie dłoń, ale gdy chciała zrobić krok w jego stronę, ramię Damona skutecznie jej to uniemożliwiło. - To mój brat- przypomniała mu brunetka- nie jest sobą, ale mnie nie skrzywdzi.
Wampir niechętnie, z ociąganiem się przesunął a ona kleknęła przy młodym Gilbercie, podchodząc do niego powoli, ostrożnie niczym do dzikiego zwierza, którym w tej chwili zdawał się być. Chłopak patrzył na nią nieufnie a gdy przekroczyła niewidzialną, ustanowioną przez niego granicę rzucił się na nią, ściskając z całej siły za gardło. Niemal natychmiast dziewczyna zaczęła się dusić, mimo, że jako wampir nie musiała oddychać, a przed jej oczami zatańczyły czarne mroczki. Jak przez mgłę ujrzała, jak Damon i Stefan odciągają od niej Jeremiego, który z dziką furią rzucił się tym razem na Katherine, powalając ją na ziemię. Szamotali się na miękkim dywanie, ale ku zaskoczeniu wszystkich szanse na zwycięstwo w tym pojedynku zdawały się być wyrównane mimo, że chłopak był przecież tylko człowiekiem.
- Jest taki silny...- wyjąkała Elena do Stefana, rozcierając obolałe gardło. Tymczasem Damon dołączył do walki, ściskając Gilberta za nadgarstki, jednak ten jakimś cudem oswobodził się, zadając wampirowi dosyć bolesne jak na zwykłego śmiertelnika ciosy. Ten w furii odrzucił go na przeciwległą ścianę, ale chłopak otrząsnął się w zadziwiającym tempie i chwyciwszy kawałek rozbitego w szale krzesła zamachnął się na siostrę, która w ostatnim momencie chwyciła go za ramię, uniemożliwiając wbicie morderczego narzędzia w swoje serce.
- Ocnij się, Jeremy to przecież ja!- krzyknęła dziewczyna czując, że powoli traci przewagę w tym starciu. Chłopak jednak ani myślał jej posłuchać. - Zdechniesz jak pies- warknął, patrząc na nią z obrzydzeniem. Elenę aż zmroziło a Jeremy wykorzystał chwilę jej nieuwagi, żeby ją zaatakować i zapewne gdyby nie Damon, wampirzyca juz dawno byłaby martwa. Brunet posunął się do ostateczności i jednym ruchem skręcił mu kark.
- NIE!- wrzasnęła Elena, zakrywając usta dłonią  i z przerażeniem patrzyła, jak bezwładne ciało jej brata osuwa się na podłogę. - Nie, nie...- mamrotała, klękając przy nim i ujeła jego prawą dłoń, na ktorej widniał zdobiony pierścień Gilbertów- gwarancja powrotu do życia. Po jej policzkach spływały słone łzy, gdy  szlochając cichutko przytuliła do siebie nieruchome ciało brata. Stefan spróbował objąć ją ramieniem, ale Elena odkoczyła od niego, zupełnie jakby jego dotyk ją palił i nawet zraniony wyraz jego twarzy w tej chwili nie zrobił na niej wrażenia.
- Dlaczego nie powiedziałeś mi, że ona tutaj jest?!- krzyknęła, głosem nabrzmiałym z emocji- wiedziałeś?!- warknęła tym razem na Damona, który uniósł ręce w obronnym geście.
- Nic a nic- zapewnił ją wampir- nie jestem jak mój pacyfistyczny braciszek i z pewnością nie stałaby tu przed tobą, gdybym tylko o tym wiedział. Wierz mi, lochy to zdecydowanie lepsze lokum dla takich szmat jak ona.
- Świetnie- prychnęła Elena, zrywając się na równe nogi- zadzwonię do Bonnie: Jeremy zachowuje się jakby był opętany. Czy mogę was tu zostawić samych bez obawy, że gdy wrócę ktoś będzie o głowę krótszy?- spytała całkowicie poważnie, a Damon posłał w stronę Katherine znaczące spojrzenie, uśmiechając się niczym dziecko na widok lizaka. Elena pokręciła głową  i opuściła pokój, wykręcając numer do przyjaciółki, która odebrała już po pierwszym sygnale.
- Bonnie? Mamy problem.


*****************************************************


- Jak mogłeś nie powiedzieć mi o tym, że ona tutaj jest?!- spytała Elena, obrzucając Stefana oskarżycielskim spojrzeniem. Blondyn aż skulił się w sobie pod naporem jej spojrzenia i zerknął na przyjaciół, którzy posyłali mu współczujące uśmiechy.  Była trzecia w nocy i wszyscy, włącznie z niechcianą wampirzycą i Benem siedzieli w salonie Salvatore'ów, czekając aż Jeremy powróci do życia. Katherine prychnęła cicho.
- Wciąż tu jestem, w razie gdybyście jeszcze tego nie zauważyli- warknęła, dumnie unosząc podbródek- niegrzecznie obmawiać kogoś, w dodatku w jego towarzystwie.
- Widzisz? Oboje zgadzamy się, że powinnaś wylądować w lochach- oznajmił Damon, posyłając jej czarujący uśmiech, ale wampirzyca odkoczyła od niego, posykując groźnie. - Przepraszam Eleno- szepnął Stefan ze skruchą- nie chciałem cię martwić, przecież dopiero co wróciłaś...
- Widzisz?! Dokładnie o to chodzi.  Nie potrafisz być ze mną szczery?!- dziewczynę powoli ogarniała dzika furia. Nie umiała nad sobą zapanować, miała wszystkiego powyżej uszu a to był przecież dopiero początek.
- Przepraszam- powtórzył Stefan tak cicho, że tylko wyczulone wampirze zmysły mogły wyłapać poszczególne dźwięki, spajając je w jedną całość- nie chciałem cię urazić, z resztą byłem pewien, że niedługo ona się ulotni i nikt z nas nie będzie musiał jej więcej oglądać. Przepraszam- dodał i bez ostrzeżenia zamknął ją w niedźwiedzim uścisku. Elena nie opierała się- wtuliła się w niego ufnie, oddychając głęboko. Jego obecność wciąż działała na nią kojąco i dziewczyna powoli uspakajała się, czując w całym ciele przyjemne ciepło. To chyba nazywało się poczucie bezpieczeństwa- to wspaniałe uczucie, o którym już dawno zdołała zapomnieć. Ponad ramieniem  Stefana ujrzała wpatrującego się w nią Damona, który natychmiast odwrócił twarz w drugą stronę, gdy tylko ich oczy się spotkały. Udawał, że nic go nie rusza, a przecież Elena znała go zbyt dobrze, by uwierzyć, że nie cierpi. Głośno przełknęła ślinę, spoglądając w drugą stronę, gdzie jej oczom ukazał się delikatny uśmiech Caroline, zapatrzonej w obejmującą się parę jak w obrazek. Elena nieśmiało odwzajemniła uśmiech i ruchem ust przekazała jedno słowo:"Przepraszam". Blondynka najwyraźniej to zrozumiała, bo posłała w jej stronę całusa. W tej chwili Elena czuła się naprawdę dobrze i niemal zaczęła wierzyć w lepsze jutro. Poddając się magii chwili spojrzała Stefanowi prosto w oczy i pochyliła się w jego stronę, zerkając na jego kształtne, lekko rozchylone usta. Blondyn bezwiednie przybliżył się do niej i pochylił głowę, gotowy do upragnionego pocałunku, który nigdy nie nastąpił, bo dokładnie w tym samym momencie Jeremy głośno zaczerpnąwszy powietrza do płuc zerwał się z kanapy, roglądając się po salonie zdezorientowany i zagubiony.
- Jer...- szepnęła Elena, ale gdy tylko chłopak na nią spojrzał w jego oczach pojawiły się niebezpieczne błyski i ten zacięty wyraz, którego nigdy u niego nie widziała. Przeraziła się, gdy jej własny, ukochany braciszek warknął na nią niczym zwierzę i rzucił się do przodu z morderczym wyrazem twarzy. Zanim udało mu się do niej dotrzeć jej przyjaciele unieruchomili go w silnym, wampirzym uścisku, broniąc jej przed atakiem. Chłopak szarpał się na wszystkie strony, ale nie udało mu się wyswobodzić.
- Zabiliście mnie!- ryknął- Mordercy! Zasługujecie na potępienie! Mordercy!
- Wszystko ci wyjaśnię, tylko się uspokój- jęknęła załamana Elena. Nie wiedziała, co wywołało w nim aż tak silną żądzę mordu. Nie miała pojęcia, że istnieje siła, zdolna popchnąć Jeremiego do zaatakowania jej. Była przerażona i przede wszystkim zraniona. Musiała to przyznać- czuła się opuszczona i oszukana. Własny brat pragnął jej śmierci. Kiedy zdołał ją znienawidzić?
- Jeremy uspokój się!- Caroline starała się być stanowcza i pokazać chłopakowi, że jego zachowanie jest nie na miejscu, ale jej tłumaczenia nie przynosiły rezultatów- przecież nikt nie chce ci zrobić krzywdy!
- Powiedziała morderczyni- prychnął młody Gilbert- zasługujecie na serię wymyślnych tortur i śmierć! Nienawidzę każdej chwili w waszym towarzystwie i zrobię wszystko, żebyście przed śmiercią jak najbardziej cierpieli.
- Zmyślnie- pochwalił Damon, uśmiechając się leniwie, niczym kot dybający na swoją ofiarę- mogę go adoptować i  udawać, że to on jest moim bratem?- mruknął do Eleny i Stefana, którzy zmrozili go spojrzeniem. Wampir uniósł ręce w geście kapitulacji, wciąż uśmiechając się w ten swój irytujący sposób. Ale czy to doprawdy była jego wina, że nawet młody Gilbert czasem potrafił pokazać jaja, podczas gdy jego własny brat zachowywał się non stop jak rozpieszczona panienka? Oczywiście gdy miał te swoje "lepsze" momenty. W tych gorszych stawał się bezdusznym potworem, potrafiącym za jednym zamachem naćpać się krwią i zapominać całe dnie. Jego rzekoma odwaga wówczas polegała jedynie na tym, że nie czuł strachu. Nie czuł zupełnie nic. Czy to więc aż takie dziwne, że Damon jako starszy brat chciał mieć choć raz w życiu jakiś powód do dumy?
- Nienawidzę cię- wycedził Jeremy, patrząc jedynie na swoją siostrę, która pobladła gwałtownie na te słowa, o ile u wampira to w ogóle możliwe.
- Jer...- wychrypiała, gdy pod powiekami zapiekły ją gorzkie łzy. Walczyła z nimi, nie chciała okazywać słabości. Tak bardzo starała się być silna...
- O mój Boże- wyszeptała Bonnie, zbliżając się do Jeremiego na odległość pocałunku. Zajrzała mu głęboko w oczy sprawiając, że nie był w stanie odwrócić wzroku, po czym delikatnie dotknęła jego klatki piersiowej, pocierając ją i mamrocząc jakieś łacińskie frazesy. Wszyscy zamarli gwałtownie, wstrzymując oddech.
- Możesz dokończyć ten wasz nieudolny masaż erotyczny z dala od mojego domu?- zażartował Damon, gdy cisza zaczęła się przedłużać w nieskończoność- patrzę na to i aż burbon podchodzi mi do gardła, a to niedobry znak.
- Więc po prostu na to nie patrz- poradziła Elena zgryźliwie, rzucając mu jedno krótkie, karcące spojrzenie i znów przeniosła wzrok na czarownicę i swojego brata, który zamarł na dobrą minutę, powoli uspokajając oddech i roszalałe z emocji serce. Po chwili, która Elenie zdawał się być wiecznością Bonnie spojrzała na przyjaciół, po czym delikatnie zdjęła koszulkę chłopaka przez głowę (w tym momencie Damon zagwizdał przeciągle, imitując zachowanie rozszalałych fanek na rockowych koncertach). Ich oczom ukazała się jego dobrze zbudowana klatka piersiowa, naznaczona dziwnymi symbolami, przypominającymi runy.
- Co to jest?- spytała zszokowana Elena. Nie miała pojęcia o co chodzi, ale przeczuwała, że to wszystko zwiastuje kłopoty. Gdzieś obok Katherine ze świstem wciągnęła powietrze do płuc, ale Elena  nie zwracała na nią uwagi. Wciąż wpatrywała się w brata, którego ciało pokrywały te przedziwne tatuaże.
- Jesteście potomkami nadnaturalnych łowców wampirów- maszyn do zabijania- wyjaśniła cicho Bonnie- Jeremy zabił wampira w mojej obronie i rozpoczął tym proces przemiany. Wydaje mi się, że te napady to skutek uboczny- nienawiść do wampiryzmu i wszystkiego, co nienaturalne jest przypisana osobom takim jak on, nie może tego kontrolować, musi "oczyścić" świat z istot wam podobnych. Teraz już nie ma odwrotu a te symbole, to najprawdopodobniej mapa do lekarstwa...
- NIE!- wrzasnęła Katherine, rzucając się do przodu- on musi zginąć! Nie możecie tego zrobić! Nie możecie tam dotrzeć!
Wampirzyca chwyciła za pogrzebacz, znajdujący się przy kominku i w wampirzym tempie podbiegła do niespodziewającego się ataku Jeremiego. Chłopak z pewnością by zginął, gdyby nie interwencja Bonnie, która zafundowała sobowtórowi "tętniaka mózgu", jak to określał Damon. Kath opadł na kolana, ciężko dysząc i pojękując z bólu, ale przed upadkiem uchroniły ją ramiona Damona, który brutalnie pociągnął ją do góry, zmuszając do szybkiego marszu, prosto w stronę piwnicy.
- Zaczekaj!- zawołał za nim Stefan, a gdy Damon marszcząc brwi odwrócił się w jego stronę, ciągnąc za sobą słaniającą się na nogach Katherine, blondyn zbliżył się do wampirzy i spojrzał jej prosto w oczy.
- Dlaczego tak naprawdę jesteś temu przeciwna Kath?- zapytał, zaskakująco łagodnie- chodzi ci tylko o możliwość przywrócenia wszystkim wampirom z  linii Klausa człowieczeństwa? Boisz się, że użyjemy lekarstwa na tobie? Brunetka nie odpowiedziała, spuszczając wzrok. - Dlaczego nie wyjechałaś, gdy tylko zwróciłem ci wolność?- drążył Stefan- dlaczego zostałaś? Co cię tutaj trzyma?
- Nie rozumiesz?- spytała wampirzyca i delikatnie, opuszkami palców pogładziła jego policzek- wszystko, co powiedziałam ci wtedy jako Elena było prawdą. Wszystko, co do słowa. Czy tak trudno ci uwierzyć w to, że wszystko co robię w tej chwili, robię bezinteresownie, z myślą o tobie? Wszystkich na moment zamurowało, nawet Jeremiego, który przez chwilę, podobnie jak reszta przyjaciół, przyglądał się reakcji Eleny. Tylko, że w nim  w przeciwieństwie do Tylera, Caroline, Bonnie czy Matta jej łzy i zraniony wyraz twarzy wywołały jedynie dziką satysfakcję.
- W twoim słowniku nie ma takiego słowa jak "bezinteresowność"- powiedział Stefan, odsuwając dziewczynę od siebie gwałtownie- samo udawanie Eleny było egoistyczne, Kath. Może nigdy tego nie zrozumiesz, ale to co było między nią a mną było magiczne i nieporównywalne do tego uczucia, jakie dawniej z tobą dzieliłem. Już nigdy nie nabiorę się na twoje gierki. Nie nienawidzę cię, ale nie jesteś kobietą, z którą mógłbym być.
- Wcześniej mówiłeś co innego- zauważyła z właściwą sobie złośliwością i brutalnie ciągnięta za ramię przez Damona opuściła salon. Nawet, gdy zniknęła z pola widzenia napięcie, które wywolała nie opadło. Elena, unikając wzroku Stefana spojrzała na brata, którego Bonnie siłą wyprowadziła z Pensjonatu, mamrocząc coś o tym, że teraz przez kilka dni pomieszka razem z nim w domu Gilbertów, gdzie Elena nie powinna się na razie pokazywać ze względu na swoje bezpieczeństwo. Jeremy posłał siostrze ostatnie, nienawistne spojrzenie nim zatrzasnął drzwi, odcinając się od niej brutalnie. To bolało, tak starsznie bolało, rozywając jej serce na kwałeczki. Ben uśmiechnął się do niej niepewnie i podążył śladami czarownicy a reszta przyjaciół spojrzała na Elenę, która osłupiała wciąż stała w bezruchu, wpatrując się w jeden nieokreślony punkt na ścianie. Tymczasem do salonu wrócił Damon, ignorując krzyki i groźby Katherine, dochodzące z piwnicy i rozchodzące się po całym domu. Stefan spróbował znów objąć brunetkę, ale ta odsunęła się od niego niepewnie i powoli zaczęła wspinać się po schodach.
- Eleno...- zaczął ostrożnie, spoglądając na nią błagalnie.
- Stefan, w porządku- przerwała mu dziewczyna spokojnie i uśmiechnęła się nikle- ja odeszłam, zostawiłam cię a ty cierpiałeś przeze mnie. Byłeś zraniony i zagubiony a cokolwiek stało się pomiędzy tobą a Katherine gdy mnie nie było, nie jest moją sprawą. Nie byliśmy razem i miałeś prawo podejmować własne decyzje. Przykro mi jedynie, że udawała mnie, bo wiem, że dała ci nadzieję a potem brutalnie ją odebrała.- tu spojrzenia jej i Damona się skrzyżowały, wywołując w niej nienaturalne uczucie gorąca i przede wszystkim palący wstyd- nie zadręczaj się, to w końcu Katherine. Jak zwykle wykorzystała nas wszystkich, by osiągnąć własne korzyści. A teraz wybacz, ale jestem zmęczona- to mówiąc czym prędzej popędziła na górę i zatrzasnęła się w zajmowanym przez siebie pokoju. Chwilę potem Damon również ruszył do swojej sypialni, uśmiechając się przy tym tajemniczo.
- Wybierzcie sobie pokój i idźcie się przespać, nie ma sensu, żebyście po raz kolejny jechali do domu. Możemy was tu jeszcze dziś w nocy potrzebować- powiedział Stefan i spróbował się uśmiechnąć, ale wyszedł z tego raczej grymas niż cokolwiek innego. Tyler i Matt skinęli głowami, ruszając na górę, ale Caroline kompletnie zignorowała propozycję, bacznie obserwując Stefana, który podszedł do barku i nalał sobie szklaneczkę whysky, którą jednym haustem opróżnił, marszcząc brwi.
- Ona jest zagubiona, Stefan- powiedziała łagodnie, trafnie odgadując powód jego zmartwienia- nie ma się co dziwić. Jej własny brat usiłował ją zabić. Dowiedziała się, że jej brat stał się teraz jej wrogiem, rozumiesz? Stefan- szepnęła, kładąc dłoń na jego ramieniu- powinieneś być teraz przy niej mimo wszystko. Pokazać jej, co do niej czujesz, powiedzieć jej o tym. I być szczerym w sprawie Katherine, ona zrozumie. Kocha cię.
- A ja kocham ją- westchnął wampir, pocierając skronie sfrustrowany- i byłem szczery, między mną a Katherine do niczego nie doszło. Przejrzałem ją zanim zdołała wciągnąć mnie w tę swoją gierkę.
- Dobrze i to powinieneś powiedzieć Elenie. Zdeklarować się i wyznać wszystkie swoje uczucia- poradziła Caro- będzie zachwycona.
- No nie wiem...- powątpiewał Stefan- tyle ostatnimi czasy przeszła, jeszcze ta sprawa z Jeremiem... nie chcę jej się narzucać, ani niepotrzebnie mącić w głowie, skoro teraz ma ważniejsze rzeczy na głowie...
- Wierz mi, Elena tego potrzebuje- zapewniła go blondynka- ona potrzebuje wsparcia i poczucia bezpieczeństwa a tylko ty możesz jej to dać. Utknęliście w bardzo dziwnym punkcie, ale któreś z was powinno zrobić pierwszy krok, żeby nie stracić tego, co was łączy.
- Masz rację- westchnął Stefan- jutro z nią porozmawiam...
- Czemu nie od razu?- zawołała natychmiast Caroline a Stefan mimowolnie uśmiechnął się z pobłażaniem. Była spontaniczna i popędliwa i chyba właśnie za to ją kochał.
- Bo teraz zapewne śpi, odreagowując ten koszmarny dzień- wyjaśnił, całując dziewczynę w policzek i skierował się do swojej sypialni.- dobranoc Caroline- rzucił na odchodne, z uśmiechem na ustach. Miał już cel i teraz tylko liczył na to, że jutro nie zbaraknie mu odwagi, aby go zrealizować. Tymczasem Caroline, mimo kuszącej propozycji Stefana postanowiła jednak wrócić do domu. Nie mogła tu zostać wiedząc, że jedynie kilka pokoi dalej śpi Tyler. Czuła przecież to dziwne napięcie między nimi od chwili tego feralnego pocałunku i nie wyobrażała sobie, że mogłaby spać spokojnie mając go praktycznie na wyciągnięcie ręki a z drugiej strony nie chciała przecież, by między nimi doszło do czegoś ponownie. W głębi serca pragnęła wrócić do etapu tej wielkiej, bezinteresownej przyjaźni, jaka ich łączyła jeszcze zanim zostali parą. Wiedziała jednak, że po tym wszystkim on nie mógłby jej zacząć traktować znów jak siostry, jak Bonnie czy Elenę. Wciąż bardzo się kochali i Caroline nie mogła zaprzeczyć, że taki układ cholernie ją irytował. Odkąd wrócił do domu a właściwie od momentu, gdy otworzył się przed nią i na powrót stał się tym czułym facetem, jakim był przed wyjazdem marzyła tylko o tym, by mu wybaczyć i zerwać z niego ubrania, obcałowując namiętnie. W końcu tak bardzo się za sobą stęsknili. Wiedziała jednak, że ten etap minął bezpowrotnie a gdyby pozwoliła sobie na tę chwilę zapomnienia bardzo by tego żałowała. W końcu była teraz silną, niezależną i szanującą się kobietą a nie jakąś wątłą, pozbawioną charateru dziewczynką wierzącą, że tylko mężczyzna może zapewnić jej pełnię szczęścia. "Caroline Forbes, zmieniasz się w jakąś pieprzoną feministkę"- pomyślała z niesmakiem, odjeżdząjąc swoim srebrnym volvo w stronę domu.



***********************************************



- Siedź spokojnie Jeremy- poprosiła Bonnie, ściskając jego dłoń i przymykając oczy. Wykorzystała pełnię swojej mocy, by zrozumieć co się z nim dzieje, ale rezultaty nie były zbyt optymistyczne. Gdy byli sami zachowywał się normalnie, a nawet był przerażony tym, co powiedział i próbował zrobić Elenie. Co by nie mówić, była jego siostrą i kochał ją nad życie. Mimo to w jej obecności oraz przy innych wampirach tracił nad sobą kontrolę- opanowywała go dzika furia, napędzana nieuzasadnioną nienawiścią. Gdy tylko opuścili Pensjonat niemal błagał Bonnie, by nie dopuszczała go w pobliże siostry, bo nie chciał zrobić jej krzywdy i teraz dziewczyna była skłonna spełnić jego prośbę. Przynajmniej do czasu, gdy nie znajdzie sposobu na to, by mu pomóc. Właśnie miała mu o tym wszystkim powiedzieć, gdy nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Zdziwiona dziewczyna zerknęła na zegar, wiszący na ścianie. Kogo do cholery niesie tu o drugiej w nocy? Ostrożnie otworzyła drzwi, ale ku jej zaskoczeniu w progu stał profesor Shane.
- Co się stało?- spytała mulatka zszokowana, wpatrując się jak zahipnotyzowana w jego zakrwawiony T-shirt, ubroczone krwią usta i podpuchnięte od płaczu oczy.
- Musisz mu pomóc- poprosił błagalnie- nie wiem, co się stało... Nie wiem, co się ze mną dzieje. Proszę, musisz mi pomóc...
- Wejdź- odparła dziewczyna krótko, otwierając szerzej drzwi. Na twarzy profesora odmalowała się niewyobrażalna ulga, ale gdy zrobił krok do przodu zatrzymał się gwałtownie, napotykając niewidzialną barierę.
- Co do...- i wtedy nagle Bonnie wszystko zrozumiała. Ślady krwi, to, że nie mógł przekroczyć progu tego domu... Nie ona była właścicielem, więc nie mogła go zaprosić. Potrzebował zaproszenia, bo...
- Stałeś się wampirem- wyszptała osłupiała- kto cię przemienił?
- Nie mam pojęcia- jęknął Shane załamany. - Co się dzieje?- usłyszeli wołanie i po chwili obok pojawił się Jeremy, marszcząc brwi- co on tu robi? Kolejny fagas, który się za tobą ugania?
- Jeremy...- zaczęła Bonnie. Chciała go poprosić, by zaprosił go do środka, ale chłopak już z powrotem zniknął w salonie, nie dając jej dojść do głosu. Bonnie posłała Shane'owi przepraszający uśmiech.
- To trudny dla niego okres a ty...- ale nie dane jej było dokończyć, bo tuż obok niej śmignął kołek, wbijając się brutalnie w klatkę piersiową mężczyzny, w miejscu gdzie znajdowało się jego serce. Ten nie zdążył nawet mrugnąć, gdy  jego skóra gwałtownie poszarzała a on padł na ziemię bez życia. W oczach czarownicy stanęły łzy, gdy zszokowana obejrzała się do tyłu, na Jeremiego, dzierżącego kuszę odziedziczoną po Alaricku. Z jego twarzy mogła wyczytać jedynie żądzę mordu- zero współczucia, smutku czy poczucia winy. To ją  przeraziło, jednak nim zdołała cokolwiek powiedzieć na ten temat ten niespodziewanie zawył z bólu i padł na podłogę, rozrywając swoją koszulkę. Na oczach oniemiałej i przerażonej Bonnie znaki na jego piersi zaczęły się rozrastać. Kolejny wampir zginął z jego ręki. 


**************************************



Elena obudziła się bardzo wcześnie, ale mimo zmęczenia wiedziała, że już nie da rady zasnąć. Rozmyślając o poprzednim dniu sięgnęła po pamiętnik, w którym dokładnie opisała targające nią emocje. Głośno przełknęła ślinę, zagłębiając się w lekturze. Musiała upewnić się, że to wszystko nie było jedynie koszmarnym snem, ale wydarzyło się naprawdę. Z każdym przeczytanym słowem jej ból tylko się wzmagał, ale gdy już zaczęła czytać nie mogła przestać. To wszystko zdawało się być takie odległe i surrealistyczne...
Drogi Pamiętniku!
Znów piszę do ciebie, tonąc w rozpaczy. Mój własny brat chce mnie zabić, dasz wiarę? Ten sam, który zawsze mnie chronił i narażał swoje życie dla mnie. Ten sam, który bez przerwy działał mi na nerwy a jednocześnie był jedną z najważniejszych osób w moim życiu, zwłaszcza po śmierci rodziców i Jenny. Nie mogę w to uwierzyć. Bonnie twierdzi, że teraz zmienia się w jakiegoś łowcę wampirów z prawdziwego zdarzenia, stąd ta nienawiść do wampirów- Jer nad tym nie panuje, musi nienawidzić i zabijać. To teraz jego powołanie a na własne nieszczęście ja jestem  jednym z jego głównych celów. Czy to oznacza, że jesteśmy teraz wrogami? Bynamniej nie. Wolałabym zginąć z jego ręki, niż sama zadać śmiertelny cios. Ale i tak to jeden z najgorszych dni w moim życiu. W dodatku cały czas boję się, że teraz gdy wróciłam, do miasta przybędzie Klaus z tą swoją psychodeliczną rodzinką i zechce się mścić. Chciałam wszystkim oszczędzić bólu, więc wyjechałam. Wiedziałam, że nie odmówi sobie tej przyjemności i podąży za mną. To była jego zemsta, w końcu zrobiłam to samo co Katherine- stałam się wampirem. I co, że nie z własnej woli? Początkowo  Klaus nie stanowił poważnego zagrożenia, bo dążył tylko do tego, by uwolnić się z ciała Tylera, w które wpakowała go Bonnie. Gdy jednak odzyskał własną postać jego głównym celem znów stało sie stworzenie lojalnej armii, a skoro ja nie byłam już człowiekiem o kolejnych hybrydach mógł jedynie pomarzyć. Zaczął więc terroryzować mieszkańców miasta, moich przyjaciół. Nie mogłam na to pozwolić. Walczyliśmy, odpieraliśmy jego ataki, negocjowaliśmy. Próbowalismy wykorzystać nawet jego słabość do Caroline, jednak wszystko na nic. Chciał, żebym cierpiała i zaczął grozić moim bliskim. Próbował nas zmusić do tego, byśmy odnaleźli legendarne lekarstwo na wampiryzm, choć nikt tak naprawdę nie wiedział, czy ono naprawdę istnieje a ja, mimo że za całego serca pragnęłam je zażyć nie mogłam tego zrobić z dwóch powodów: po pierwsze nie chciałam, by odbudował swoją potęgę a po drugie zwyczajnie bycie żywym workiem z krwią jakoś mi się nie uśmiechało.  Gdy Klaus zabił matkę Tylera zrozumiałam, że nie mogę być dłużej taką egoistką. Wyjechałam, błagając przyjaciół w esemesach, by mnie nie szukali. Damon jak zwykle mnie nie posłuchał, ale to akurat nie powinno mnie dziwić. On nigdy nie słuchał nikogo. Najgorszy w tym wszystkim był strach i to potworne osamotnienie. Tu zostawiłam wszytkich przyjaciół, tych, za których byłam gotowa oddać życie. Wolałam być dręczona przez Klausa przez całą wieczność niż pozwolić na to, by cierpieli albo co gorsza ginęli za mnie a do tego by zapewne doszło, gdyby tylko Klaus spędził w mieście więcej czasu. Ocaliłam ich a sama uciekałam przez bite dwa miesiące, dopóki Damon mnie nie znalazł. Między nami wydarzyło się tak wiele rzeczy, których nie mogę cofnąć, choćbym nawet tego chciała... To mnie przeraża. I w dodatku dowiedziałam się, że między Katherine a Stefanem również do czegoś doszło. Nie mam mu niczego za złe, jestem tylko smutna. Przykro mi, że myślał, że to ja, że znów przeze mnie cierpiał. Nigdy tego dla niego nie chciałam a ta podła suka go wykorzystała. Mój kochany Stefan cierpi a ja nie wiem, jak mu pomóc, bo nawet boję się spojrzeć mu w oczy. Prawda jest taka, że sama nie wiem czego chcę i co czuję. Nie mam pojęcia, czy to co jest dobre dla mnie jest również dobre dla niego, czy możemy do siebie wrócić, czy mamy szansę i czy on jeszcze w ogóle tego chce. W końcu tyle się wydarzyło, a ja wciąż nie mogę zapomnieć o tym, że Katherine udawała mnie i próbowała uwieść faceta, którego tak bardzo kochałam, choć sama przecież robiłam gorsze rzeczy. Przecież wiedziałam, że Damon nie jest Stefanem a mimo to pozwoliłam sobie na chwile zapomnienia. To były bardzo długie i przyjemne chwile. Czemu to zrobiłam i dlaczego do cholery nie mogę o tym tak po prostu zapomnieć? Czy chodzi tylko o to, że nie chcę być egoistką  i nie mogę patrzeć na cierpienie Damona? Nie mogę udawać, że wszystko w porządku, bo żaden z nich nie zasługuje na kłamstwo. Tylko jak ujawnić tak bolesną prawdę?
Elena westchnęła ciężko, odłożyła pamiętnik pod poduszkę i ześlizgnęła się z łóżka, zataczając się lekko. Nawet jako wampir potrzebowała więcej snu niż dwie godziny dziennie a stres, związany z ostatnimi wydarzeniami niemal zwalił ją z nóg. Gdyby była człowiekiem, w ciągu tej jednej nocy zapewne osiwiałaby doszczętnie. Dziewczyna westchnęła ciężko i postanowiła przyszykować się do kolejnego, jak sądziła trudnego dnia. Wzięła szybki prysznic i ubrała obcisły, połyskliwy różowy top z dekoltem w serek, ciemne obcisłe rurki i zamszowe botki na wysokim obcasie. Potem zabrała się za makijaż, który polegał właściwie na podkreśleniu oczu. Nigdy nie używała korektora, pudru ani innych specyfików, stworzonych do ukrywania niedoskonałości. Jej cera od dziecka była nieskazitelna, czego koleżanki bardzo długo jej zazdrościły. Obce jej były problemy związane z trądzikiem czy przebarwieniami. Zabawne, ale kiedyś  w szkolnej gazetce powstał nawet artykuł na ten temat. - Panie i panowie, przed państwem królowa Liceum w Mystick Falls, Elena Gilbert- mruknęła dziewczyna z przekąsem, spoglądając na swoje odbicie w zajmującym pół łazienki, zdobionym lustrze, poprawiając niesforne lśniące loki, spływające kaskadą na jej plecy. Nie miała siły ich dziś prostować. Tak właściwie to ostatnimi czasy nie miała siły kompletnie na nic. Wzdychając z rezygnacją skierowała swoje kroki do piwnicy, gdzie znajdowała się lodówka ze szpitalną krwią. Już chciała wrócić na górę i po prostu rozsiąść się wygodnie na kanapie w salonie, jednak czyjś ochrypły, do złudzenia przypominający jej własny głos ją przed tym powstrzymał.
- Słyszę cię Gilbert- powiedziała Katherine- dobrze się bawisz moim kosztem? Pewnie jesteś z siebie niesamowicie dumna, że omotałaś ich sobie wokół palca.
- A ty?- zagadnęła Elena, podchodząc pod drzwi lochu, w którym znajdował się jej sobowtór- zniżyłaś się do tego, żeby udawać mnie przed Stefanem? Jesteś aż tak zdesperowana, czy po prostu na świecie już nie ma faceta, którego byś nie zaliczyła, więc po prostu cofasz się do początków swojej dziwkarskiej działaności?
- Naprawdę uważasz, że między mną a Stefanem wydarzyło się coś poza namiętnym pocałunkiem, który zdradził moją prawdziwą tożsamość?- Katherine roześmiała się perliście- i co? Zrobiłaś mu o to awanturę? Cudownie, to znaczy, że jestem lepszą aktorką, niż sądziłam. Swoją drogą dlaczego Damon jest na ciebie taki wściekły, co?- dodała tonem niewiniątka- Powinnaś uważać z jego temperamentem. Zwykle gdy się kłócicie ludzie zaczynają ginąć w niewyjaśnionych okolicznościac.
Elena zacisnęła dłonie w pięści. Nie widziała wampirzycy, ale była pewna, że mówiąc to brunetka uśmiechała się złośliwie.
- Rozumiem, czemu jesteś taką sfrustrowaną suką. Po prostu jesteś głodna- powiedziała Elena, celowo głośno siorbiąc brunatny płyn z woreczka. Tym razem to Kath zassała powietrze gwałtownie, głośno przełykając ślinę i wywołując uśmiech na twarzy Gilbertówny.
- Zdradzę ci sekret. Mimo tego wszystkiego, co robiłaś, robisz i pewnie jeszcze nie raz zrobisz jest mi cię żal.- wyznała dziewczyna, całkowicie poważnie- to pewnie dlatego, że nie potrafię patrzeć na cudze cierpienie. Ty też kiedyś taka byłaś, pamiętasz? Znam tę historię, opowiedziałaś mi o swoim ludzkim życiu, gdy byłaś zamknięta w grobowcu. Wiem, dlaczego stałaś się tym, kim jesteś teraz i ze względu na własne zdrowie psychiczne a także dobro wszystkich moich przyjaciół jestem skłonna cię stąd uwolnić. Twoje życie i tak jest nędzne, bezcelowe i samotne, nie musimy trzymać cię w zamknięciu by sprawić ci ból i się na tobie zemścić. Ty i tak przez całą wieczność cierpisz. Naprawdę mi z tego powodu przykro, Kath, jednak to twoja decyzja. Wszystko mogłoby potoczyć się zupełnie inaczej, gdybyś tylko tego chciała.- zakończyła, wzdychając cicho i z przeświadczeniem, ze jeszcze tego pożałuje pociągnęła za zasówę masywnych drzwi, otwierając je na ościerz. Katherine niemal wypełzła na zewnątrz, cięzko oddychając a Elena rzuciła jej pod nogi jeden woreczek z krwią szpitalną, który ta opróżniła w przeciągu dziesięciu sekund, spoglądając na sobowtóra przekrwionymi oczami.
- Jeśli chcesz więcej, sama sobie załatw- mruknęła Elena spokojnie i odwróciła się na pięcie, powoli kierując się w stronę schodów, prowadzących na górę. Zdołała zrobić cztery kroki, gdy została gwałtownie przyciśnięta do ściany a do połowy pełny woreczek z krwią wypadł jej z rąk, rozlewając na posadzkę życiodajny płyn. Katherine zacisnęła palce na szyi Gilbertówny, unosząc ją delikatnie nad ziemią. Gdy obnarzyła kły jej  oczy stały się całkowicie czarne a wokół nich pojawiły się charaterystyczne żyłki.
- Mogę cię zabić jednym ruchem małego paluszka u stopy- warknęła jej wprost w twarz, rozkoszując się tym, z jakim trudem Elena starała się zaczerpnał oddech, wierzgając nogami rozpaczliwie w powietrzu.- jestem od ciebie tak o pięćset lat silniejsza.
- Tak, ale my jesteśmy liczniejsi- wycharczała Elena- zrób to, zabij mnie a zobaczymy kto tu będzie jeszcze błagał o śmierć.
Katherine zawyła dziko i brutalnie wypuściła dziewczynę z uścisku, po czym spojrzała na Damona, który właśnie pojawił się u szczytu schodów. Elena również na niego spojrzała, rozcierając obolałe gardło i siłą woli starając się zapanować nad rozszalałym sercem, podczas gdy Katherine w wampirzym tempie złapała za jeden z kołków, które bracia rozłożyli po całym domu w tym w piwnicy na wypadek ataku, po czym brutalnie wbiła go w jego brzuch, sprawiając, że aż stęknął, zginając się wpół po czym ulotniła się z Pensjonatu nim zdążył chociażby mruknąć. Wampir przeklął pod nosem, usuwając źródło swoich cierpień z brzucha  i z niedowierzanie spoglądał na Elenę, która wyprostowała się i nie chcąc wadawać się w zbędne dyskusję po prostu przekmnęła obok niego krokiem godnym modelki, trącając go ramieniem. Chwilę patrzył za nią, obserwując ponętne ruchy jej bioder i smukłych nóg. Wspomnienia, które w tym momencie zalały jego umysł tym razem nie wywołały bólu a jedynie satysfakcję i ten lubieżny uśmieszek. Przecież mu się oddała, nawet jeśli nie chciała tego przyznać sama przed sobą. "A przed chwilą popełniła najgorszą głupotę pod słońcem"- pomyślał z przekąsem. Ta dziewczyna naprawdę go zdumiewała. 




***********************************************************



- Eleno- zagadnął ją Stefan łągodnie, gdy ta wchodziła po schodach, kierując się na górę. Jej przyjaciele jeszcze spali i po tym wszystkim dziewczyna stwierdziła, że sama również z przyjemnością  położyłaby się na chwilę, choćby po to, by móc w spokoju pomyśleć nad całą tą przedziwną sytuacją. Stefan jednak zniszczył jej wielkie plany i dziewczyna niechętnie odwróciła się w jego stronę, uśmiechając się niepewnie.
- Cześć- mruknęła cicho na powitanie, zbliżając się do niego odrobinę- coś się stało?
- Tak- odparł szybko- nie... Właściwie to sam nie wiem.- westchnął i uśmiechnął się szeroko a widząc jej zdezorientowaną minę roześmiał się głośno. Elena również się zaśmiała, mrużąc oczy w zamyśleniu. Naprawdę, z dnia na dzień Stefan zachowywał się coraz dziwniej. - Słuchaj- zaczął, z nabożną czcią ujmując jej dłonie i całując delikatnie- nie chcę, żeby to wszystko tak wyglądało. Przestańmy komplikować najprostsze rzeczy. Nie ważne, co się między nami wydarzyło i co być może jeszcze się wydarzy. Zawsze byłaś i jesteś dla mnie najważniejsza. Prawda jest taka, że nie mogę bez ciebie żyć. Nie potrafię bez ciebie oddychać. Pamiętam, co powiedziałaś mi, gdy ze mną zerwałaś. Wszystko co mi zarzuciłaś to prawda,ale wtedy nie umiałem wyjaśnić ci, czemu tak jest. Dlaczego popycham cię w ramiona własnego brata, dlaczego boję się twojej bliskości, dlaczego wciąż jestem niepewny i próbuję chronić cię za wszelką cenę, nawet za pomocą kłamstwa, upodabniając się tym do Damona...
- Stefan...- jęknęła Elena, ale wampir położył jej jedynie palec na wargach, skutecznie ją tym uciszajac.
- Ciii, spokojnie- szepnął- chcę ci po prostu powiedzieć, że to wszystko się działo, bo panicznie bałem się ciebie znowu skrzywdzić. Bałem się, że cię stracę i myślałem, że na ciebie nie zasługuję. Ale teraz już się nie boję i chcę, żebyś ty też przestała się tego bać- ujął jej twarz w obie dłonie i zbliżył się jeszcze bardziej zmuszając, by spojrzała prosto w jego oczy- kocham cię- wyszeptał a Elena wciągnęła powietrze ze świstem. Tak bardzo pragnęła usłyszeć te dwa magiczne słowa, ale wbrew temu, co przed chwilą powiedział teraz one wywołały w niej jedynie strach i poczucie winy. Stefan zbliżył się do niej powoli jeszcze bardziej, pochylił się i przymknął powieki.
- Tak bardzo cię kocham- wyszeptała dziewczyna wprost w jego wargi, wywołując jego uśmiech, jednak gdy już miał ją pocałować odsunęła się nieznacznie i odrywając jego dłonie od swojej twarzy splotła z nim palce. Stefan posłał jej zdziwione spojrzenie, ale ona uśmiechnęła się jedynie blado. - Nie masz pojęcia, jak wiele razy wyobrażałam sobie dzień, gdy do siebie wrócimy i nie będziemy musieli niczym się już więcej martwić.- wyznała, jedną dłonią delikatnie gładząc jego twarz- jesteś jedną z najważniejszych osób w moim życiu i nie mogę cię stracić. Tyle razem przeszliśmy i wiem, że zawsze mogę na ciebie liczyć. Tak samo, jak ty możesz liczyć na mnie. Byłeś cudownym przyjacielem, partnerem, chłopakiem. Nasza miłość była czymś... niezwykłym. Tak długo o nią walczyłam i jestem taka szczęśliwa, że wreszcie mi się to udało. Wiem, że sami stwarzaliśmy sobie przeszkody. Wiem, że to wszystko zależy od nas... Kocham cię.
Stefan pochylił się nad nią, by wreszcie złączyć ich usta w tak upragnionym pocałunku...
- Ale czasem miłość nie wystarcza- wyszeptała Elena, przymykając powieki bynamniej nie z rozkoszy i mocniej ścisnęła jego palce- nie mogę być wobec ciebie nieuczciwa i powiedzieć, że teraz wszystko będzie wspaniale. I nawet jeśli jesteś  miłością mojego życia a przez to cię stracę musisz się o wszystkim dowiedzieć, by mieć szansę mnie znienawidzić.
- Co ty mówisz?- Stefan był wyraźnie zszokowany i ponownie spróbował ją pocałować- nigdy bym cię nie znienawidził, słyszysz? Ja wiem, że ty jesteś miłością mojego życia. Nie umiem bez ciebie funkcjonować.
Elena tylko uśmiechnęła się smutno, z ironią. W jej oczach już pojawiły się łzy.
- Przespałam się z Damonem- powiedziała a Stefan znieruchomiał, wpatrując się w nią tak, jakby szukał jakichkolwiek oznak rozbawienia. Liczył, ze to jedynie kiepski żart, a ona tylko pokręciła głową ze smutkiem, ocierając łzy, które już zdążyły popłynąć po jej policzkach, rozmazując tusz.
- Spałaś z moim bratem?- powtórzył nienaturalnie spokojnie. To wciąż do niego nie docierało. Ona nie mogła tego zrobić. Nie ona. Nie jego Elena.
- Dwa razy- potwierdziła dziewczyna- to były wspaniałe chwile, Stefan. Przykro mi. Przykro mi, że cię zawiodłam. Przykro mi, że sama zniszczyłam szansę na naszą wspólną przyszłość. Przykro mi, że wcale tego nie żałuję.- nie czekając na jego reakcję popędziła na górę, zanosząc się płaczem. Nic już nie widziała, czuła tak wielki ból... Jak mogłą to zrobić? Jak mogła tak go zranić? Wciąż o tym myślała, gdy nagle wpadła na coś z tak wielkim impetem, że zapewne stoczyłaby się ze schodów, gdyby nie czyjeś silne ramiona. Dziewczyna zaczęła się szarpać, ale Damon mocno trzymał ją za ramiona na wyciągnięcie ręki. Na jego twarzy malował się szok, niedowierzanie i zaniepokojenie. Przez chwilę wpatrywali się w siebie w milczeniu i w końcu wampirzyca rzuciła mu się na szyję, zanosząc się płaczem. - Ciii... Spokojnie- wyszeptał Damon, całując ją we włosy i ściskając mocno. Ponad jej ramieniem dostrzegł wykrzywioną bólem twarz brata, który na widok ściskającej się pary po prostu ulotnił się w wampirzym tempie. Elena tak szybko, jak się w niego wtuliła tak szybko wyrwała się z jego uścisku po czym zatrzasnęła się w pokoju Stefana. Przez chwilę miotała się po nim, zabierając wszystkie rzeczy, które zostawiła tu ostatnim razem, po czym pobiegła do zajmowanej przez siebie sypialni, w wampirzym tempie spakowała wszystkie walizki i pięć minut później, wciąż płacząc opuściła Pensjonat, żegnana poważnymi spojrzeniami braci Salvatore.


******************************


Stefan wciąż nie mógł uwierzyć w to, co się wydarzyło. Jego Elena... Nie, te słowa nawet nie chciały przejść mu przez gardło. "Elena" i "Damon" w jednym zdaniu budziło w nim odruch wymiotny. Otworzył się przed nią, czekał na nią przez dwa miesiące, kochał nad życie i chronił a podczas gdy on usychał z tęsknoty ona zabawiała się z jego własnym bratem i teraz jeszcze twierdziła, że wcale tego nie żałuje? "No, Damon pewnie poszedł oblewać swoje zwycięstwo"- pomyślał z bólem.
- Więc nasza słodka Elena pokazała pazurki?- tuż przed jego nosem pojawiła Katherine, uśmiechając się złosliwie od ucha do ucha- teraz mogę się do tego przyznać: moja krew.
- Czego chcesz Kath?- spytał z niechęcią, odwracając się do niej plecami- myślałem, ze znów uciekniesz.
- A ja myślałam, że jesteś mądrzejszy i że znasz mnie na tyle, żeby wiedzieć, że naprawdę mówiłam prawdę- odgryzła się, znów pojawiając się tuż przed nim i śmiało położyła rękę na jego klatce piersiowej, lubieżnie oblizując usta- Elena cię zraniła, wykorzystała i odrzuciła, ale to nie znaczy, że masz się nad sobą użalać i dawać jej satysfakcję- szepnęła, delikatnie muskając jego dolną wargę- jej strata.
Stefan uświadomił sobie, że miała rację. Był zraniony i czuł się okropnie samotny. Potrzebował kogoś, kto da mu ciepło i odrobinę miłości, ale tylko ona mogła mu to zapewnić. Ona, lub ktoś, kto wygladał jak ona i mógł w odpowiedni sposób zmylić jego zmysły, łaknące uwagi Eleny Gilbert. Być może to dlatego gwałtownie wpił się w wargi Katherine i w wampirzym tempie zaniósł ją do swojej sypialni, gdzie, rozerwawszy jej ubrania,  zatopił język w czeluściach jej kobiecości, pieszcząc ją w wampirzym tempie dopóki nie doznała pierwszego orgazmu jęczął głośno i dziko i  rozrywając paznokciami jego prześcieradło, a następnie warcząc niczym zwierzę wszedł w nią głęboko i zaczął się  w niej poruszać szybko i zdecydowanie, wywołując jej kolejne krzyki przepełnione rozkoszą. W tej chwili liczyło się jedynie spełnienie którego doznał po raz pierwszy od swego ostatniego seksu z Eleną... Wściekłość, ból i dawno niezaspokojone  pożadanie sprawiły, że był brutalny, ale to tylko spowodowało, że Kath doszła w ciągu kilku minut, wijąc się w ekstazie i jęcząc głośno, co zapewne obudzilo wszystkich domowników. Stefan miał to jednak gdzieś w chwili, gdy zalała go fala potężnego orgazmu. W tym momencie nie był kochankiem- był drapieżnikiem, który wreszcie dorwał swoją ofiarę.


*************************



W tym samym czasie Elena włóczyła się po mieście bez celu, jak idiotka ciągnąc za sobą torbę podróżną na kółkach. było już późno, ale ona wciąż oszokowana nie czuła upywu czasu. Ani do Pensjonatu, ani do domu nie mogła wrócić a chłodne powietrze odrobinę ją otrzeźwiło i osuszyło łzy. Nogi same prowadziły ją bez udziału woli i dopiero po chwili zorientowała się, że stoi przed domem Caroline. Po dłuższym namyśle stweirdziła, że to nie najgorsze rozwiązanie i wreszcie zapukała cicho, wiedząc, ze wampirzyca i tak to usłyszy. i rzeczywiście, nie minęło pół minuty  a w drzwiach stanęła jej blondwłosa przyjaciółka.
- Elena? Co się stało? Brunetka tylko pokręciła głową, usiłując powstrzymać napływające do oczu łzy, ale jedno spojrzenie na zamartwioną twarz Caroline sprawiło, że już dłużej nie mogła się kontrolowac i wybuchnęła płaczem. - Chodź kochanie- powiedziała Caroline, mocno obejmując dziewczynę i zaprowadziła  ją do swojego pokoju. Tej nocy, przy butelce czerwonego wina i akompaniamencie szlochu Eleny, padło wiele trudnych wyznań i słów pocieszenia. Dziewczyny zasnęły dopiero nad ranem, gdy łzy obeschły.


***********************



-Jesteś tego pewien?- spytała Rebekah brata, mijając tabliczkę z napisem:"Witamy w Mystick Falls". - Tak, tylko w taki sposób możemy to załatwić- odparł Klaus, dociskając pedał gazu- to układ korzystny dla wszystkich i nie zapominaj, że chodzi o Elijah. Elena z przyjemnością mu pomoże, zwłaszcza gdy ją zaszantażujemy.             

Rozdział 8- Sekret Grzechu



- Tylko mistyczny łowca wampirów może pozwolić ci znaleźć drogę do tej części ziemii, na której nie zagościł dotąd żaden śmiertelnik. Morderstwa na nieśmiertelnych stopniowo odsłonią mapę, która poprowadzi cię tam, gdzie nie sięgnęło ludzkie oko. Dwanaście czarownic, krew wilkołaka, wampira i sobowtóra oraz fragment białego dębu są niezbędne do odpieczętowania groty, w której ukryto lekarstwo i przysłużą się do rytuału, na którym tak ci zależy. Pamietaj, najpierw lekarstwo, potem rytuał, dokładnie w tej kolejności inaczej nic z tego nie będzie. Gdy ci się uda będziesz wolny. Ty i cały świat.

Słowa Esther wciąż dźwięczały mu w uszach, gdy przyglądał się tatuażom, które z nikąd i z nadludzka precyzją rozmnażały się na klatce piersiowej młodego Gilberta. Wiedział, co to teraz oznaczało. Już nie było odwrotu. Jeremy na oczach jego i Bonnie przechodził transformację i nic nie mogło tego powstrzymać.
Ben naprawdę nie chciał, żeby do tego doszło. Nie chciał zmuszać go do podjęcia takiej decyzji, nie chciał, by musiał przyjmować na siebie brzemię przeznaczenia a już na pewno nie chciał, by po ziemii kręcił się jeszcze jeden, obdarzony nadprzyrodzonymi zdolnościami łowca wampirów. Ale nie miał wyboru.
Jeremy był jedynym, który mógł odkryć przed nimi tajniki magicznego świata i mistycznej siły, ale nikt nie godził się na to, by zapłacił za to tak wysoką cenę, poświęcając własną niewinność i zabijając bezbronnych ludzi, więc szukali innego sposobu, mimo, że już na samym początku byli skazani na porażkę. Skoro sama Esther nie widziała innej opcji znaczyło to, że jej po prostu nie było. Nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, co w zamierzchłych czasach, które dały początek wszelkim klątwom i magii określano mianem "niewinności". Tu nie chodziło o człowieka ani nawet istotę magiczną wykazujacą się szlachetnością i dobrym usposobieniem- "niewinny" był osobą, która swemu oprawcy fizycznie nie wyrządziła żadnej krzywdy . Mogła być nawet największym demonem chodzącym po tej ziemi a mimo to zostać uznana za bezbronną. W przypadku Jeremiego jego ofiara musiała być krwiopijcą zabitym z zimną krwią, by magia mogła się w nim wybudzić. Tak też się stało.
- Jeremy...- wyszeptała oszołomiona Bonnie, gdy ostatnie linie  przebiegły przez jego bark aż do mostka, tworząc pierwszą część mapy świata. Zamiast nazw miesjcowości czy krajów pojawiły się  niemal wypalone na skórze mityczne symbole, ktorych znaczenia  nawet Ben nie potrafił do końca odgadnąć. Pochodziły z zamierzchłych czasów i zapewne tylko osoba w owych czasach urodzona sprostałaby  zadaniu pełnego ich tłumaczenia.
- To niemożliwe- powiedział Jeremy, spoglądając z przerażeniem na szpecące jego ciało znaki- przecież nie zabiłem nikogo... ja nie....
- Przed chwilą zabiłeś wampira- odparła Bonnie, nie mogąc się wprost posiąść ze zdumienia- i to...
-I to zapoczątkowało proces nieodwracanie- dokończył za nią Ben- machina ruszyła. Ale nie łam się młody- dodał, klepiąc Jeremiego po plecach niby to przyjacielskim gestem- przynajmniej teraz będziesz mógł brać czynny udział w ratowaniu swojej siostry i szukaniu lekarstwa, zamiast ślęczeć nad książkami.
- To nie było ani trochę zabawne- mruknęła Bonnie z trudem powstrzymując się przed wybuchnięciem śmiechem.
- Hej, chyba mam prawo trochę się z nim podroczyć- odparł Ben, wskazując na swoją twarz- zobacz, co mi zrobił. Poza tym musisz przyznać, że odrobinę rozładowałem napięcie- dodał robiąc krok w jej stronę i delikatnym gestem przejechał po jej policzku opuszkami palców. Jeremy z niedowierzaniem spoglądał to na uśmiechającego się szeroko blondyna to na zarumienioną czarownicę i z głośnym prychnięciem zerwał się z miejsca i opuścił jaskinię, zostawiając ich samych. Bonnie odchrząknęła speszona i odsunęła się od Bena, posyłając mu przepraszające spojrzenie.
- No więc wychodzi na to, że jednak jesteśmy bliscy odnalezienia lekarstwa, o ile takie w ogóle istnieje- stwierdziła, zbierając z ziemii porozrzucane księgi zaklęć.
-Owszem- potwierdził Ben-"Jeszcze tylko sześćdziesiąt dziewięć wampirów do schwytania"- dodał w myślach.
***********************
- Mam dla ciebie złą wiadomość- mruknął Stefan do słuchawki, nie zabawiając się we wstępy.
- Cudownie- sarknął Damon- bo ja dla ciebie mam wiadomość złą i... złą. Którą wolisz?
- Katherine tu jest i przed chwilą sprawiała wrażenie opętanej a teraz jeszcze straciła przytomność i nie można jej dobudzić- oznajmił blondyn na jednym wydechu, ignorując pytanie brata. Damon zaklął siarczyście pod nosem.
- Pięknie braciszku, gratuluję- prychnął- wychodzi na to, że mamy ten sam problem. Moja podróżna czarodziejka zemdlała chwilę po tym, jak połączyła się z Eleną...
- Chwila, że KTO?!- krzyknął Stefan z przejęciem.
- Serio to jest w tej chwili twój priorytet?- Damon pokręcił głową nad głupotą brata.
- Gadaj co zrobiłeś Damon...- syknął młodszy Salvatore a brunet oczami wyobraźni ujrzał go, ściskającego telefon z zaciętą miną i tą pionową zmarszczką między brwiami, która tworzyła się zawsze, gdy go denerwował. Ta wizja, mimo obecnego położenia wywołała w niego kpiący uśmieszek.
- Wszystko, by znaleźć i ocalić Elenę-odparł- czyli to, co zwykle. Naprawdę, nie dziwię się, że z tobą zerwała skoro rolę faceta w waszym związku zwykle przejmuję ja...
- Przestań kpić i opowiedz mi wszystko po kolei...
- Hmm... Jesteś gotowy na krwawe szczegóły? Bo widzisz moja historia to horror. Jest prawie tak straszna jak twoje spotkania z leśnymi zwierzątkami, tylko tu główną rolę odgrywają prawdziwi ludzie...
- Gadaj!
*************************
- Jestem bratem największego idioty w historii wampiryzmu- warknął Stefan minutę później, naciskając czerwoną słuchawkę.
- Polemizowałabym, ale skoro ty to mówisz to jednak coś w tym jest- westchnęła Caroline wchodząc do salonu- co jest grane?
- Damon urządził sobie prywatną rzeź, zastraszył matkę Bonnie, wybił pół Nowego Yorku i najprawdopodobniej doprowadził do śpiączki Katherine, jednej z podróżników, którzy do tej pory byli jedynie legendą i co za tym idzie również połączonej z nią Eleny.
- Wow- oczy Caroline zrobiły się wielkie jak spodki- i to wszystko w przeciągu tygodnia? Chyba pobił własny rekord.
Stefan nie mógł się nie uśmiechnąć na tę uwagę.
- Jesteś chyba jedyną, która mogła w takiej sytuacji znaleźć jakieś pozytywy- mruknął i ujął jej dłoń- a jak tam u Pierwotnych?
- Nie mogę się dodzwonić do Klausa, Rebekah i tak odbiera telefony jedynie od Matta a numer do Elijah miała tylko Elena...- urwała, gwałtownie trzpocząc rzęsami na których już zdążyły zebrać się łzy- kolejny raz uświadamiam sobie, jak bardzo mi jej brakuje.
- Mi też- westchnął Stefan pocierając skronie- jeśli coś jej się stanie...
- Nawet tak nie mów- warknęła blondynka- Elena jest silna, jest niezależna, jest inteligentna, jest odważna i teraz jest wampirem. Umie o siebie zadbać i wie, że ma do kogo wrócić. Wie, że nie może nas zostawic, tak? To zawsze dawało jej siłę.
- Wiem- Stefan uśmiechnął się nikle- i gdy tylko się tu pojawi to wezmę ją w objęcia i już nigdy nie wypuszczę. Zrobię to wszystko, czego wcześniej się bałem: powiem, jak bardzo ją kocham, że chcę spędzić z nią resztę wieczności, że jest najważniejszą osobą w moim życiu, że każdego dnia chcę widzieć jej uśmiech, chcę ją uszczęśliwiać i całować do utraty tchu. Chcę budzić się przy niej i przy niej zasypiać. Chcę być z nią ciałem i duszą. Dzięki niej moje życie nabrało sensu, czekałem sto sześćdziesiąt trzy lata by móc ją spotkać- moje przeznaczenie, miłość mojego życia.
A potem nic i nikt nas już nie rozdzieli.
Caroline uśmiechała się bezwiednie, zasłuchana a potem rzuciła mu się na szyję, ściskając z całej siły.
- Nie zapomnij o piwoniach- podszepnęła wesoło- ona je uwielbia.
Caroline niechętnie oderwała się od Stefana, gdy do salonu Salvatore'ów wkroczył wściekły Jeremy ubrany jedynie w jeansy a zaraz za nim Bonnie i Ben, z minami jakby prowadzono ich na ścięcie.
- Boże, co się stało?- zawołała zaskoczona wampirzyca, podbiegajac do Jeremiego. Nie mogła oderwać wzroku od jego obnażonej, naznaczonej jakimiś zawiłymi symbolami i bliznami klatki piersiowej, która w szaleńczym tempie podnosiła się i opadała, zdradzając targające nim emocje, ani od  podrapanej twarzy czarownika.
- Chodzi o to, że...- zaczął Ben, ale młody Gilbert przerwał mu wpół zdania.
- Pytaj naszej wszechwiedzącej czarownicy, bo to wszystko przez nią- warknął Jeremy- gdybym nie musiał biec jej na ratunek nigdy by się to nie wydarzyło.
- Co by się nie wydarzyło?- Caroline zmarszczyła brwi, nic z tego nie rozumiejąc. Jeremy jednak ani myślał odpowiadać- wbiegł po schodach tak szybko, że aż się za nim kurzyło i zatrzasnął się w pokoju gościnnym, który ostatnimi czasy zajmował. Stefan nie chciał, żeby musiał wracać do pustego domu a wiedział, że Elena nie darowałaby mu, gdyby coś stało się jej bratu podczas jej nieobecności. Ktoś musiał nad nim czuwać.
- Bonnie Bennett, możesz mi łaskawie wyjaśnić, co tu się wyprawia?- zapytała Caroline głosem nieznoszącym sprzeciwu.
- Mogłabym zapytać o to samo Caroline Forbes- mruknęła zszokowana czarownica, wskazując na kanapę na której leżała nieprzytomna Katherine. Caroline i Stefan wymienili spojrzenia.
- To tylko kolejna komplikacja- westchnęła blondynka.
- Zabawne, to samo miałam powiedzieć na temat Jeremiego- mruknęła mulatka ledwie słyszalnie.
***
Podróżnicy podskoczyli gwałtownie, gdy drzwi wypadły z zawiasów i poszybowały w stronę przeciwległej ściany, rozbijając się  na drzazgi. Wszyscy z przerazeniem spojrzeli na Damona, który stał w progu z Nelly na rękach. Jego mina wyrażała żądzę mordu a obnarzone kły jednoznacznie zdradzały jego zamiary.
- Gdzie Abby?- warknął, nie siląc się nawet na powitanie. Wszyscy popatrzyli po sobie z lękiem a gdy powoli, niczym pantera zaczął się do nich zbliżać pospiesznie odskoczyli, wskazując wampirzycę. Damon ruszył w jej stronę, rzucając wcześniej trzymaną dziewczynę na kanapę, bynajmniej nie delikatnie i chwycił byłą czarownicę za ramiona.
- Masz mi natychmiast powiedzieć, co jest grane- powiedział głosem nieznoszącym sprzeciwu i wzmocnił nacisk na jej kruche kości. Jego uszu doszedł chrupot i przeciagły jęk jego ofiary, ale nic sobie z tego nie robił wyczekując odpowiedzi.
- Nie wiem, o czym mówisz- wyjąkała mulatka, drżąc silnie na calym ciele. Była wobec niego bezbronna odkąd straciła moc. Wiedziała, że on jest starszy a co za tym idzie silniejszy i jednym ruchem małego paluszka u stopy mógł pozbawić ją głowy lub serca. Jego zielono-niebieskie hipnotyczne oczy pałały nienawiścią i gniewem tak silnym, że mógłby kruszyć skały samym swoim spojrzeniem.
- Wasza dziewczyna zapadła w śpiączkę, będąc połączona z moją dziewczyną- syknął- domyślasz się już jaki będzie finał tego spotkania, jeśli natychmiast ich z tego nie wyciągniecie i nie dowiecie się, gdzie znajdę Elenę?
- Czekaj, że co?- prychnęła Abby, znajdując w sobie siłę, żeby uwolnić się z jego żelaznego uścisku- nie mów mi, że ty i Elena jesteście teraz parą- dodała z szelmowskim uśmiechem- przecież ona cię nienawidziła... no i była z twoim bratem.
Tego już bylo za wiele- w wampirzym tempie Damon znalazł się tuż przy niej i pięścią uderzył w ścianę tuż koło jej głowy z taką siłą, że cały dom zatrząsł się aż po fundamenty.
- To, że teraz obrałaś sobie za cel nadrzędny robić z siebie nową wampirzą sukę nie daje ci prawa, by kpić ze mnie albo tym bardziej z Eleny- wyszeptał jej wprost do ucha, chłonąc jej strach- ja znam twoją największą słabość- zaczyna się na "Bo", kończy na "nnie". Nie zgrywaj chojraka, jeśli chcesz się jeszcze kiedykolwiek przekonać, co to znaczy być prawdziwą matką.
- Tylko, że ja nie wiem o co tu chodzi- powtórzyła Abby, tym razem już całkowicie poważnie.
- To śpiączka- odezwał się ciemnoskóry mężczyzna, który do tej pory siedział koło Nelly, gładząc jej trupiobladą dłoń- ona pojechała po to, żeby nas przed tobą chronić. Zaufała ci, wierząc, że jej nie skrzywdzisz. Kazała zostać na miejscu, choć zamiarzaliśmy się przeprowadzić...
- Kontaktowała się z wami?- zdziwił się Damon, zastanawiając się nad tym, kiedy to mogło mieć miejsce. Czyżby nie dość dobrze jej pilnował? Zdawało mu się, że nie spuszczał jej z oka i skonfiskował wszelkie urządzenia, służące do zawierania kontaktu ze światem zewnętrznym.
- Owszem- potwierdził Podróżnik, zrywając się na równe nogi- ale przez ciebie jest teraz w takim stanie i nic nie możemy z tym zrobić!
Mężczyzna nie wytrzymał i rzucił się w kierunku wampira, który natychmiast odrzucił go na drugi koniec pokoju, trzymając w ręku jego wciąż bijące serce.
- Nie!!!- rozległ się czyjś rozpaczliwy krzyk, gdy Damon z wyraźnym obrzydzeniem połozył organ na zakrwawioną pierś Podróżnika a potem otarł ociekające posoką ręce w jego dżinsy.
- Ktoś jeszcze?- spytał zimno, rozglądając się wokół, ale wszyscy jak jeden mąż zgodnie pokręcili głowami- od dziś wasze życie zależy od tego, czy uda wam się odnaleźć i uratować sobowtóra. Jeśli nie... no coż, zawsze lubiłem wykorzystywać moją bujną wyobraźnię, zwłaszcza w takich szlachetnych sprawach.
*****************
- A więc podsumowując- uciekałaś przed swoim ojcem, pokłóciłaś się z Elijah, zakochałaś w jednym z przeszłych piesków SOBOWTÓRA,  spędziłaś kolejne dziewięćdziesiąt lat w trumnie, następnie dowiedziałaś się, że twój brat zabił waszą matkę po czym zostałaś zasztyletowana przez SOBOWTÓRA a gdy przywrócono cię do życia twoja matka usiłowała was zabić, ty przespałaś się z największym bydlakiem w mieście, by zrobić na złość SOBOWTÓROWI i a potem zakochałaś się w bezwartościowym człowieku i postanowiłaś zmienić się dla niego...- Marcel zacmokał z udawaną dezaprobatą- naprawdę uważasz, że twoje życie jest lepsze beze mnie? Bo ostatnie dwieście lat niespecjalnie na to wskazują.
- Jeśli to propozycja powrotu do ciebie to wybacz, ale nie skorzystam- warknęła Rebekah, dumnie odrzucając na plecy złote, lśniące włosy- nawet życie pod kluczem jest lepsze, o ile nie ma w nim ciebie.
- Szybko zmieniasz zdanie- twarz Marcela rozciągnęła się w szerokim uśmiechu, gdy ten powoli zagłębiał się we wspomnieniach.
Anglia, rok 1612
- To już dziś- szepnał Marcel- dziś mój trening dobiegł końca, od dziś po wieczność będziemy razem i nikt więcej nas nie rozdzieli.
- Od jutra- mruknęła Rebekah, zarzucając mu ręce na szyję- nie zapominaj, że gdy cię zabiję nie obudzisz się znowu tak od razu. Od jutra po wieczność będziemy razem i nic nas nie rozdzieli- to mówiąc z namiętnością wpiła się w jego usta. Mulat z rozkoszą oddawał jej pocałunki, wplótł palce w jej jedwabiste włosy, których blask i miękkość niezmiennie go zachwycały i westchnął, kierując się z nią w stronę ogromnego łoża zasłanego aksamitną pościelą. Niestety, nie dane im było nacieszyć się sobą, bo gdy usłyszeli niecierpliwe pukanie do drzwi odskoczyli od siebie jak oparzeni. Rebekah w pośpiechu otarła usta, gdy do pokoju wkroczył Klaus we własnej osobie. W jego oczach jak zwykle tańczyły diabelskie ogniki a usta rozciągały się w szerokim, zabarwionym odrobiną ironii uśmiechu.
- Nie spodziewałem się tu ciebie siostrzyczko- powiedział na wstępie, mierząc oboje podejrzliwym spojrzeniem.
- Musiałam mu przecież osobiście pogratulować- zaszczebiotała Rebekah, uśmiechając się ciepło- zniósł dwa lata ciężkiego treningu, jaki mu zafundowałeś i zasłużył na nagrodę, prawda?
- Cóż mogę rzec- Klaus beztrosko wzruszył ramionami- musi być w formie jeśli chce należeć do tej rodziny. Sama wiesz. Ale masz rację- dodał z tajemniczym uśmieszkiem- jak nikt inny zasłużył sobie na ten przywilej. Zapraszam was do ogrodu.
Rebekah i Marcel wymienili spojrzenia i poszli za nim.
Zatrzymali się przy fontannie, która budziła tysiące różnych wspomnień. To tu po raz pierwszy uprawiali seks pod gwiazdami, podczas gdy w posiadłości odbywał się pamiętny bal, na którym się poznali. To tu Rebekah zdobyła się wreszcie na to, by wyjawić mu swój sekret i to tu Marcel wyznał jej wreszcie miłość i wyraził chęć, by dołączyć do jej wyklętej rodziny. Czyżby to tu jego marzenie miało się wreszcie ziścić?
- Jesteś dla mnie jak brat Marcel- powiedział Klaus poważnym, spokojnym tonem- i jesteś najodpowiedniejszym kandydatem do tego, by zostać wampirem- sam cię przecież szkoliłem. Przeszedłeś wszystkie próby, więc z przyjemnością podam ci swoją krew a następnie uśmiercę, w przenośni oczywiście. Musisz tylko udowodnić mi, ze naprawdę tego chcesz i że będziesz dla mnie prawdziwym i wiernym przyjacielem.
- Jak?- zapytał natychmiast mulat, dumnie napinając wszystkie mięśnie. Klaus uśmiechnął się pod nosem, słysząc zdecydowanie w jego głosie i ku zaskoczeniu Rebekah oraz Marcela zza pazuchy wyciągnął srebrny sztylet, uprzednio zamoczony w popiole z białego dębu. Pierwotna odruchowo cofneła się, przerażona gdy jej własny brat podał narzędzie jej ukochanemu.
- Dźgnij ją- polecił tonem tak beztroskim, jakby rozmawiali o pogodzie- udowodnij, że jej nie kochasz. Udowodnij, że jesteś mi lojalny.
- Klaus...- wyszeptała Rebekah przerażona spoglądając na Marcela, który powoli niczym w transie się do niej zbliżał.- Każ mu przestać. Co ty wyprawiasz?!
- Myślałaś, że się nie dowiem?- Pierwotny zaniósł się okrutnym śmiechem szaleńca- myślałaś, że możesz mi się bezkarnie sprzeciwiać? Jesteś moją siostrą a mnie zdradziłaś i okłamałaś!
Rebekah pokręciłą głową z niedowierzaniem i znów przeniosła wzrok na Marcela, który stał  teraz ledwie kilka centymetrów od niej.
- Co jest dla ciebie ważniejsze?- spytał Klaus, z zafascynowaniem obserwujac rozgrywającą się przed jego oczami scenę- miłość do niej czy wieczne życie? Pozwolę ci być z moją siostrą do końca twoich dni pod warunkiem, że wyrzeczesz się swoich marzeń o nieśmiertelności i sile wampira. No więc jak będzie? Wybierz dobrze, bo nie dostaniesz drugiej szansy.
Marcel zawahał się na moment i spojrzał na ukochaną zbolałym wzrokiem. Dziewczyna posłała mu błagalne spojrzenie. Mogłaby ulotnić się w wampirzym tempie, ale nie potrafiła się na to zdobyć nie poznawszy uprzednio jego odpowiedzi.
I poznała ją, gdy mężczyzna z pokerową miną  brutalnie zatopił ostrze styletu w jej sercu. Sekundę później Klaus podbiegł do niego w wampirzym tempie, nakarmił własną krwią a następnie skręcił kark.
- Dobry wybór- pochwalił z sadystycznym uśmieszkiem. Marcel i Rebekah leżeli na trawie na wznak, bezwiednie dotykając się opuszkami palców a scena ta przypomniała mu śmierć kochanków w dramacie "Romeo i Julia".
- Co chcesz osiągnąć, przypominając mi tamto wydarzenie?- prychnęła Rebekah, wysoko unosząc brwi- chyba, że twoją intencją było wywołanie u mnie żądzy mordu. W takim wypadku możesz być z siebie dumny.
- Moją intencją było przypomnienie ci, jaką szaleńczą miłością mnie darzysz- odparł arogancko Marcel i opuszkiem wskazującego palca przejechał po jej dolnej wardze- chciałaś być ze mną do końca swoich dni i teraz masz ku temu okazję.
- Czy ty mnie uważasz za zdesperowaną masochistkę?- warknęła Pierwotna i po raz kolejny tego dnia spróbowała się wyswobodzić z pętających ją więzów- niestety na próżno. Marcel roześmiał się gardłowo.
- Raczej za zepsutą do szpiku kości sadystkę- wyszeptał wprost do jej ucha. Dreszcz, który przebiegł jej ciało nie uszedł jego uwadze i wywołał jego kpiący uśmiech- chcesz tego tak samo jak ja.
- Jeśli mówisz o właśnej śmierci...
- Dlaczego jesteś dla mnie taka okrutna?- zawołał mulat, udając rozpacz- przecież wiesz, że...
- Wiem tylko tyle, że przetrzymujesz mnie tutaj siłą a moi bracia gdzieś zniknęli i Bóg wie, gdzie teraz są. Jeśli kiedykolwiek cokolwiek do ciebie czułam to ulotniło się dokładnie w chwili, w której skrzywdziłeś osoby najważniejsze w moim życiu.
- Mówisz o swoim sadystycznym braciszku, który unieszczęśliwia cię na każdym kroku czy o tym drugim, na pozór moralnym i dojrzałym, który powinien cię chronić a zamiast tego biernie przygląda się temu, jak cierpisz z powodu osoby, która na to nie zasługuje?
- Nie waż się mi tego wypominać po tych wszystkich krzywdach, których z twojej ręki doświadczyłam- syknęła blondynka- Klaus szczerze mnie kocha, choć nie umie tego okazać. Chciał mnie chronić przed całym światem, w tym przed tobą. Dwieście lat zajęło mi docenienie tego i przyznanie mu racji. Prawdziwa miłość nie może ranić w taki sposób, w jaki robiłeś i robisz to ty. Nawet jeśli mnie kochałeś ja nigdy nie kochałam ciebie i już nigdy nie pokocham. Jesteś największym błędem mojego życia. Na szczęście mam wieczność, by go naprawić i o nim zapomnieć.
- A mimo to wciąż pamiętasz choć minęło dwieście lat? Nie zmienisz tego, co dla siebie znaczyliśmy i nie wymarzesz czasu, który razem przeżyliśmy.
- Nie, ale zastąpię te przykre wspomnienia nowymi, cudowniejszymi i prawdziwszymi. Jeśli myślisz, że wspólne chwile mnie zmiękczą to się mylisz, bo wywołują we mnie jedynie odruch wymiotny i potworny wstyd. Dla mnie nie istniejesz, Mercellus. Nienawidzę cię.
Nie musiała długo czekać na jego reakcję- Marcel wpił się w jej usta z taką gwałtownością, jakby chciał je zmieżdżyć. Nie dał jej szansy na to, by się bronić czy chociażby zaczerpnąć tchu. Zupełnie jakby chciał jej udowodnić, że teraz należy do niego. Że ma prawo zrobić z nią co tylko zechce.
A ona po raz pierwszy w życiu nie oddała jego  pocałunku. Był cudowny, namiętny i czuły zarazem, jednak obraz uśmiechniętej twarzy pewnego uroczego blondyna, ktory znikąd pojawił się przed jej oczami jej na to nie pozwolił. Pozostała bierna w ramionach mulata, który daremnie starał się zmusić jej wargi do jakiegokolwiek ruchu.
Po raz pierwszy poczuła, że nie może tego zrobić, że musi oprzeć się swoim pragnieniom i tym wszystkim uczuciom, które kotłowały się w niej, wywołane przez dwustuletnią tęsknotę. Po raz pierwszy poczuła, że robiąc coś takiego nie tylko odbiera sobie godność, ale również dopuszcza się zdrady- zdrady wobec samej siebie, wobec jedynej rodziny, która jej pozostała i wobec tej jednej osoby, która tak usilnie w nią wierzyła i starała się zrozumieć na każdym kroku.
*******************
Klaus warknał wściekle, na próżno napinając wszystkie mięśnie- nie mógł wyswobodzić się ze swojej śmiertelnej pułapki a każda taka próba kończyła się fiaskiem i kosztowała go masę energii, której nie miał możliwości zregenerować. Ból był nie do opisania a świadomość porażki nie do przetrawienia. Nie miał pojęcia jakim cudem Marcelowi udało się  zdobyć biały dąb, którego drewno tak go raniło, ale wizje tego, co z nim zrobi gdy już się uwolni zdecydowanie pomagały znieść te półtora tygodnia męczarni w odosobnieniu. PIerwotny obmyślał właśnie kolejną serię tortur dla swego oprawcy, gdy jego wampirzy słuch wyłapał dźwięk, przypominający skrzypienie zawiasów w metalowych, nienaoliwionych drzwiach a po chwili czyjeś zbliżające się z każdą sekundą kroki.
- Na twoim miejscu nie pokazywałbym się tutaj Marcellus!- ryknął Klaus w przestrzeń- rozszarpię cię jak insekta, którym jesteś! Będziesz mnie błagał o śmierć, gdy...
Urwał gwałtownie, gdy ujrzał skradającą się postać rudowłosej dziewczyny. Jej delikatna twarzyczka w kształcie serca wyrażała kompletne przerażenie, ale mimo to dzielnie szła naprzód, zatrzymując się przed stalowymi, zamkniętymi na cztery spusty kratami.
- Kim jesteś?- warknął a sam dźwięk jego głosu sprawił, że przez ciało dziewczyny przebiegł niekontrolowany dreszcz. Coś w jej postaci rozbawiło Klausa, sprawiło, że nie mógł powstrzymać okrutnego uśmiechu, który wpezł na jego usta. Zawsze bawiły go ludzkie emocje a ta dziewczyna była wręcz chora ze strachu. Wybornie.
- Panienka Pierce kazała mi nad wami czuwać- wyjąkała, drżącymi rękami  podkładając przy zawiasach miniaturowe ładunki wybuchowe- kazała mi obserwować was dzień i noc a gdybyście mieli kłopoty- pomagać. Powiedziała mi, że zaklęcie blokujące dostęp do tego domu działa jedynie na istoty magiczne a ja taką nie jestem- jestem człowiekiem. Miałam to wszystko powiedzieć Klausowi Mikealsonowi a potem...
- A potem?
Dziewczyna zadrżała ponownie po czym sięgnęła do tylnej kieszeni jeansów. Wyjęła z niej zapalniczkę i dopiero wtedy spojrzała pustym wzrokiem na Klausa. Wówczas dotarło do niego, co spotkało tę biedną dziewczynę.
- Zahipnotyzowała cię...
- Powiedziała jedynie, że wasze życie jest ważniejsze od każdego innego- poinformowała go dziewczyna, po czym przyklęknęła przy ładunkach wybuchowych z zapalniczką w ręku i jednym sprawnym ruchem podpaliła lont, po czym odskoczyła na bezpieczną odległość. Niedługo potem rozległ się przeraźliwy huk i kraty wypadły z zawiasów, by ze zgrzytem rozpaść się na kawałeczki. Nie tracąc ani chwili rudowłosa powoli, poruszając się wzdłuż ścian dotarła do umocowanej w zagłębieniu kuszy na kołki a gdy upewniła się, że ją całkowicie rozbroiła natychmiast przypadła do Klausa z kilofem w ręku- musiała wcześniej przygotowywać się do tej operacji. Nim Pierwotny zdołał to wszystko przeanalizować dziewczyna wzięła potężny zamach i z całej siły uderzyła w okuwający go beton. Klaus zacisnął zęby, czując to uderzenie w każdym nerwie swojego wycieńczonego, płonącego z gniewu ciała. Wiedział, że go to nie zabije, ale mimo wszystko wrażenie było bardzo nieprzyjemne zwłaszcza, że zdawał sobie sprawę z tego, że gdyby nie ciągnący się od tygodnia głód i osłabienie wynikłe z białego dębu, którego kawałki wciąż  tkwiły w jego ciele nic nawet by nie poczuł, nie mówiąc już o silnym bólu, jaki towarzyszył mu wraz  z każdym pojedynczym uderzeniem dziewczyny. Zacisnął więc zęby i gdy tylko poczuł, że już nic nie krępuje jego ruchów zerwał się z miejsca i ze wściekłym okrzykiem wyciągnął gnębiące go drewniane kołki. Rany natychmiast zaczęły się zrastać a uwagę wampira przyciągnęła ciężko oddychająca ze zmęczenia dziewczyna, której, jakby się nad tym dobrze zastanowić, zawdzięczał swoją wolność  a być może nawet życie. Gdy tylko rudowłosa zauważyła jego spojrzenie bez najmniejszych oznak lęku podeszła do niego, odgarniając włosy z szyi.
- Teraz musisz się pożywić- powiedziała, jakby to była rzecz najzwyklejsza na świecie. Klaus zmarszczył brwi i delikatnie przejechał językiem po jej mlecznobiałej skórze, wzdłuż arterii szyjnej.  Nawet nie zadrżała a jedynie przysunęła się bliżej, jak gdyby było to jedynym, czego pragnęła.
- Kiedy dostałaś te instrukcje od Katherine?- zapytał łagodnie Pierwotny, ale ognistowłosa jedynie zmarszczyła brwi w konsternacji.
- Od kogo?
Klaus wywrócił oczami, kręcąc głową z politowaniem. Hipnoza czasami potrafi być cholernie uciążliwa.
- Od pianienki Pierce- sprostował a na twarzy jego wybawicielki wreszcie pojawił się wyraz zrozumienia.
- Miesiąc temu. Miałam was pilnować, zdawać jej szczegółowe relacje i chronić w razie możliwości choćby za cenę własnego życia. Tyle że od tygodnia nie mogę się z nią skontaktować, a na pewno będzie na mnie zła- dziewczyna zadrżała z nieskrywanym przerażeniem- lubi być na bieżąco.
"Miesiąc temu....- pomyślał Klaus ze zdziwieniem- zupełnie jakby wiedziała, co się wydarzy. Musiała wiedzieć o Marcelu i jego buncie. Wysłała niepozornego, nic nie wartego człowieka, żeby bronił potężnych wampirów? Żałosne, ale jakie skuteczne... A teraz nie ma z nią kontaktu, bo przetrzymują ją Salvatore'owie- przypomniał sobie, wspominając  swoją ostatnią rozmowę z Caroline."
- Oj skarbie- Klaus pokręcił głową, delikatnie pocierając jej ramiona jak gdyby chciał dodać jej tym otuchy- nie bój się jej, nie zrobi ci krzywdy.
- Nie?
- Nie zdąży- to mówiąc zatopił kły w jej żyle. Zadziwiające było to, że nie próbowała się bronić ani uciekać a jedynie przyległa do niego ściślej, pojękując cichutko co jakiś czas.
"Chyba rzeczywiście zamierza oddać za mnie życie"- pomyślał wampir z niejakim rozbawieniem, powoli odzyskując siły.
*****************
- DAJ MI ŚWIĘTY SPOKÓJ!- krzyku jego siostry nie można było pomylić z żadnym innym i mógł on oznaczać tylko jedno- albo wpadła w furię, albo miała poważne kłopoty. Na samą myśl o tym Klaus przyspieszył kroku. Mijał jadalnię, pokój bawialny i kilka podejrzanie znajomych sypialni, by ostatecznie dotrzeć do zamkniętych na cztery spusty drzwi.
- TKNIJ MNIE JESZCZE RAZ A PRZYSIĘGAM....- tak, to zdecydowanie był głos Rebekah. Nie namyślając się ani chwili dłużej Klaus wparował do rzeczonego pokoju z zamiarem urządzenia małej masakry, ale to co tam ujrzał sprawiło, że wybuchnął niekontrolowanym, szyderczym śmiechem. Jego siostra, cała roztrzepana i przykuta do łóżka z zaciętą miną odpierała ataki Marcela, który za wszelką cenę starał się ją pocałować. Pochylał się nad nią, układając usta w przysłowiowy "dziubek" co spowodowało, że Rebekah musiała odchylić się do tyłu pod wybitnie dziwnym kątem, by uniknąć jakiegokowliek fizycznego kontaktu z nim. Pochłonięci sobą nie od razu go zauważyli, ale gdy w końcu zwrócili uwagę na nowo przybyłego na ich twarzach pojawił się niemal ten sam, nierozumiejący wyraz, co doprowadziło Klausa do kolejnych skurczów przepony. Rebekah, korzystając z nieuwagi natarczywego amanta od siedmiu boleści zamachnęła się głową, czyli jedyną w pełni swobodną częścią ciała i uderzyła nią w jego czoło, zrzucając z łóżka na podłogę. Mulat zamrugał kilkukrotnie nim skojarzył co się tak właściwie stało, po czym spojrzał na Pierwotnego i momentalnie zerwał się na równe nogi, napinając wszystkie mięśnie. Klaus uśmiechnął się groźnie, obnarzając kły.
- Nik- szepnęła blondynka, wpartując się z brata z niedowierzaniem.
- Sądziłaś, że cię zostawiłem siostrzyczko?- Klaus pokręcił głową z politowaniem- sądziłaś, że twoja "walentynka" rzeczywiście może mi w czymkolwiek przeszkodzić? Czuję się rozczarowany  z powodu twojego braku wiary we mnie... no i twojej naiwności.
Przy ostatnim słowie wyraz jego twarzy całkowicie się zmienił- jego oczy zaszły mgłą i w sekundzie zmieniły barwę na złotą a wokół nich pojawiły się maleńkie żyłki. Kły wydłużyły się, przypominając teraz wilcze siekacze. Marcel krzyknął z przerażenia, gdy Klaus rzucił się w stronę swojej siostry i jednym ruchem nadgarstka uwolnił ją z krępujących ją łańcuchów. Dziewczyna spojrzała na niego oniemiała a z ust Marcela wydobyło się westchnienie pełne ulgi, ktorego nie zdołał stłumić. Klaus uśmiechnął się szeroko. Czy on naprawdę bał się, że Pierwotny mógłby chcieć realnie skrzywidzić osobę, w której żyłach płynęła jego WŁASNA krew, swoją ukochaną małą siostrzyczkę ? W ciągu tych dwustu lat chyba zwariował do reszty. Nie namyślając się jednak dlużej nad zawiłościami życia uczuciowego dawnego przyjaciela Klaus jedynym susem znalazł się przy nim, mocno ściskając go za ramiona.
- A teraz cię zabiję- poinformował go spokojnie, zupełnie jakby mówił o pogodzie- zrobię to szybko i bezboleśnie i wiedz, że to będzie rodzaj nagrody, bo nie zaslużyłeś na przyjemną śmierć za to, jak potraktowałeś moje rodzeństwo, mnie i to miasto. Ten pałac należy do mnie a Nowy Orlean jest moim królestwem i od dawna powinieneś wiedzie, że ktokolwiek zagrozi mojej rodzinie, natychmiast ginie.
- Czy i ja kiedyś nie należałem do twojej rodziny?- zapytał zaczepnie mulat, jednak nim Klaus zdołał cokolwiek odpowiedzieć lub zareagować w jakikolwiek inny sposób niespodziewanie zdażyło się kilka rzeczy naraz a w tym chaosie ciężko było dojrzeć, co nastąpiło najpierw: czy wybite cegłą okno, czy okropne raniące uszy krzyki, czy też może pojawienie się nagle ni stąd ni zowąd całej zgrai poddanych Marcelowi wampirów, gotowych zginąć za głoszone przez niego poglądy. Na osłabioną werbeną i drzazgami z białego dębu Rebekah rzuciło się dziesięciu dobrze zbudowanych krwiopijców, obnarzając kły i posykując. Chwycili ją za ramiona i trzymali mocno mimo, że już na starcie pięciu z nich pozbawiła głów. Klaus ryknął z wściekłości i w wampirzym tempie znalazł się przy Marcelu z zamiarem zatopienia w nim swych wilczych kłów, jednak wówczas na jego drodze stanęli kolejni jego wyznawcy.
"Skąd oni się biorą?"- myślał Pierwotny z irytacją, odrzucając ich daleko za siebie. W tym czasie jeden z tych, którzy trzymali w uścisku jego małą, bezbronna w tej chwili siostrzyczkę wyciągnął zza pazuchy kołek z białego dębu i nieubłaganie zbliżał go do jej serca. Dziewczyna nawet tego nie zauważyła, pochłonięta walką z resztą natrętów, którzy boleśnie wbijali paznokcie w jej delikatną, niemal porcelanową skórę. Klaus tymczasem siłował się  z kolejnym samobójcą, który stanął pomiędzy nim a celem nadrzędnym- Marcelem. Wzmógł nacisk na pierś blondyna z którym właśnie walczył, tym samym wyrywając mu serce w chwili, gdy jego uszu doszedł zduszony okrzyk bólu Rebekah, który mógł oznaczać jedynie, że drewno przebiło się przez jej skórę zmierzając do serca. Tym bardziej zaskoczył go widok Marcela, który zamiast walczyć z nim lub popierać działania swoich sługusów oderwał głowę mężczyźnie, wytrącając kołek z jego martwych dłoni, tym samym ratując Pierwotną przed śmiercią. Blondynka osunęła się na kolana, z trudem łapiąc oddech a Marcel powiódł poważnym wzrokiem po swoich "poddanych".
- Mieliście ją tylko unieruchomić i ewentualnie zranić, ale nie zabijać- ryknął- ich życie należy do mnie i tylko ja mogę je zakończyć a każdy, kto mi się sprzeciwi zginie.
Te słowa poruszyły zebranymi a w szczególności Rebekah i Klausem. Pierwotny wpatrywał się w dawnego kompana z niedowierzaniem a jego siostra z szokiem wymalowanym na twarzy. Jak mógł być aż taki głupi i dumny by uwierzyć, że może ich pokonać i decydować o ich losie? To kompletnie wyprowadziło mieszańca z równowagi i już miał rozpocząć rzeź, używają swoich wilczych mocy gdy niespodziewanie został powalony na ziemię jednym z dębowych pocisków. Czując narastający ból w okolicach żołądka nie miał wątpliwości, co się właśnie stało. Na moment stacił czujność i ktoś zdołał ugodzić go kołkiem z białego dębu. Miał szczęście, że nie został dźgnięty w serce, ale nawet przez chwilę nie poczuł ulgi z tego powodu- opanowująca go z sekundy na sekundę dzika furia nie pozostawiała miejsca na jakiekolwiek inne myśli lub uczucia. Rzucił się na Marcela, niemal odrywając mu przy tym głowę, gdy ponownie poczuł w mięśniach palący ból. Zignorował go jednak, okładając mulata pięściami i wyrywając kolejne nic nie znaczące serca. Wydawać by się mogło, że przewagę powinien zyskać dość szybko zważywszy na jego siłę i fakt, że powoli pozbawiał Marcela wszystkich zwolenników. Jednak w rzeczywistości oni mnożyli się niczym karaluchy, pojawiali się znikąd i dołączali do walki a większość z nich wyposażona była w jedyną broń zdolną zabić Pierwotnych. Jak przez mgłę Klaus słyszał nawoływania swojej siostry, jej jęki i bitewne okrzyki, ale nawet nie zwracał na to uwagi, pochłonięty własną walką. Bił na oślep, używając pełni swojej siły. Gryzł, wstrzykując w organizm ofiar wilkołaczy jad, wyrywał serca, odrywał głowy, kopał i rozczłonkowywał jednak sam również podupadał na siłach, dźgany raz po raz dębowymi kołkami. Oczywiście każdy, kto tylko ośmielił się go tknąć natychmiast ginął, jednak to wcale nie zniechęcało kolejnych smiałków a pojawiało się ich coraz więcej. Na dziesięciu zabitych przypadało dwudziestu w pełni sprawnych i gotowych do stawienia czoła Pierwotnym. Po raz piewrszy w życiu mieli ku temu okazję i realną szansę, by zwyciężyć.
Krew trysnęła na ściany, kończyny i rozszarpane części ciała zaścielały perskie dywany, łóżko i pościel wręcz nasiąknęły posoką. Klaus właśnie wgryzał się w tętnicę jakiegoś małolata gdy Marcel zadał mu bolesny cios między łopatkami po czym odrzucił na drugi koniec pokoju, obok jego siostry. Dziewczyna, cała ubroczona krwią, potargana i zmęczona doczołgała się do niego i nie zważając na jego wściekłe pomruki wyrwała kołek, do którego nie mógł sięgnąć, z  jego pleców a potem razem, wspierając się na sobie nawzajem podnieśli się na równe nogi i rozejrzeli wokół. Pokój wyglądał jak po  drugiej wojnie światowej, ale walka się skończyła w chwili, gdy teoretycznie Pierwotni zostali pokonani. Dziesiątki par oczu wpatrywało się w nich w milczeniu, dumnie dzierżąc zabójczą dla nich broń i z Marcelem na czele powoli sunąc w ich stronę. Klaus ryknął, chcąc się na nich rzucić, ale Rebekah trzymała go mocno, nie pozwalając na najmniejszy nawet ruch. Wiedziała, że w tej chwili byli już na to zbyt słabi.
- Dosyć- syknęła groźnie- wynośmy się stąd.
- Nie wygnają mnie z MOJEGO miasta- zagrzmiała hybryda, próbując się wyrwać z jej silnego uścisku.
- Klaus- warknęła blondynka, potrząsajac nim z całej siły i ciągnąc w tył, nieprzyjaciele byli już coraz bliżej, zamykając ich w potrzasku- KLAUS DO CHOLERY !!!
Pierwotny spojrzał w pełne przerażenia oczy siostry, które ta kierowała na Marcela i dopiero w tej chwili jego żądza zemsty odrobinę ostygła a zdrowy rozsądek znów wrócił do łask. Zawył wściekle, niczym najprawdziwszy wilk do księżyca i w momencie, gdy mieli zostać zakołkowani lub ponownie porwani razem z Rebekah wyskoczył przez okno tłukąc przy tym szybę po czym ulotnił się z miasta w wampirzym tempie.
Marcel uśmiechnął się do siebie, czując powiew świeżego powietrza. Właśnie wygrał pierwszą bitwę- wypędził z Nowego Orleanu pierwotne rodzeństwo a to dopiero początek. Przed nim wojna, bo nie bylo wątpliwości co do tego, że Rebekah Mikealson mu tego nie podaruje. Już taki był jej urok. Podobnie jak jej uparty, dumny braciszek, była bardzo mściwa i niesamowicie porywcza. Coż, te cechy wciąż niesamowicie go w niej pociągały. Uśmiechnął się szeroko na myśl o tym, jaka próba czeka jego samokontrolę, gdy już doprowadzi swój plan do końca- to, że skończa w łóżku w tym przypadku było nieuniknione. Właśnie za to tak uwielbiał tę część swojego wieloetapowego przedsięwzięcia.
- Lukas- wezwał jednego ze swoich sługusów a chłopak z dredami natychmiast pojawił się u jego boku- sprawdź co tam u naszego Pierwszego gościa.
*********************
Słyszała głosy, ale z początku nie mogła zrozumieć skąd pochodzą i do kogo należą. Miała wrażenie jakby przebywała pod wodą a wszelkie odgłosy i inne wrażenia świata zewnętrznego docierały do niej z opóźnieniem. Czuła ból, ale równocześnie jakąś dziwną pustkę i to było nie do wytrzymania. Dopiero po jakimś czasie zrozumiała, że to co słyszy to zwykłe rozmowy, jednak minęła znów nieskończona ilość sekund nim zaczęła rozpoznawać poszczególne głosy. Słyszała wszystkich i nie wiedziała jakim cudem, przecież czuła, że są daleko od siebie. Mimo, że było to fizycznie niemożliwe jej uszu doszedł wściekły głos Damona, który po raz kolejny komuś groził. Chciał ją ratować, chciał znaleźć i ocalić tę, która przecież tyle razy raniła go i zawiodła. Nie zrezygnował z niej mało tego, zabijał dla niej o czym dowodziły odgłosy walki i czyjeś rozpaczliwe krzyki. Chciała się odezwać, poprosić, żeby przestał, powiedzieć, żeby nikogo więcej nie ranił i wyjawić miejsce swojego przebywania, ale nagle wszystko ustało i chwilę później usłyszała głos Stefana, Caroline, Jeremiego, Bonnie... Rozmawiali o niej, potem o jej bracie, ale nie mogła zrozumieć czego tak właściwie dotyczy ta rozmowa. Czy coś groziło Jeremiemu? Czy martwili się o nią, o niego czy też może o całe miasto? Nie miała pojęcia. Znów- chciała się odezwać, jednak nie mogła zlokalizować własnych ust, nie mogła wydobyć z siebie głosu i dać jakiekolwiek innego znaku życia. Mogła być jedynie biernym obserwatorem, ba, słuchaczem i to doprowadzało ją do szewskiej pasji. Po jakimś czasie do rozmowy włączył się Matt- jego głos był dla niej jak balsam na jej skołatane nerwy i wzmagał tęsknotę, którą czuła odkąd opuściła dom, a zaraz za nim usłyszała profesora Shane'a. Ich rozmowa zeszła najpierw na jakieś wykłady, w których profesor brał udział a potem stopniowo na Katherine i wreszcie na nią, Elenę. Nie wiedzieli gdzie ją znaleźć, bali się o nią a profesor opowiadał o jakichś chorych legendach i historyjkach dla dzieci. Mówili coś o jakimś połączeniu, mówili o klątwie sobowtórów i  o Pierwotnych , ale Elena i tak nic z tego nie rozumiała. Jaka mapa, jakie połączenie, jaka znów Katherine i jaki rytuał? Ten brak wiedzy zaczynał ją irytować.
Potem dowiedziała się wszystkiego. Wiedziała już, co się z nią dzieje i dlaczego może słyszeć ich wszystkich naraz mimo, że każdy przebywa gdzie indziej. Zaczęła się zastanawiać, czy Katherine i ta nieznana dziewczyna też korzystają z jej uszu tak, jak ona korzysta z ich. Nie wyczuwała ich obecności a chyba powinna, prawda? Chociaż tak właściwie gdy w grę wchodziła magia nic nie mogło być pewne.
Potrójne połączenie jest bardzo stabilne, tak przynajmniej twierdził profesorek. Ciężko takie złamać a gdy dwoje z członków tego rytuału próbuje równocześnie dostać się do umysłu osoby trzeciej, czego dokonać mogą jedynie Podróżnicy (cokolwiek to znaczy) jest to niemal niemożliwe. Bonnie niezawodna, jak kiedyś Elena nazywała swoją przyjaciółkę znalazła jednak sposób, by to zrobić- wystarczyła śmierć jednego z elementów połączenia. Elena nie zdołała do końca zrozumieć, co to w praktyce oznacza, gdy nagle poczuła okropny ból w klatce piersiowej.
"Nie!!!" chciała krzyknąć, gdy cierpienie powoli odbierało jej świadomość, blokując oddech, choć przecież nie musiała oddychać... Nic już z tego nie rozumiała. W ostatniej chwili udało jej się uchylić powieki, choć wciąż nie czuła własnego ciała ani tak po prawdzie żadnego innego. Nad sobą ujrzała zielono-niebieskie oczy, pałające czystą siłą i satysfakcją. Znała te oczy i już wiedziała co się dzieje. Chciała błagać o litość, gdy cały jej umysł niemal stanął w płomieniach, ale wówczas poczuła mocne pociągnięcie a potem pochłonęła ją niczym niezmącona ciemność. Ostatnim co ujrzała był Damon, trzymający w dłoni zakrwawione, bijące dobrze znanym jej rytmem serce.
************************
Damon nie namyślając się ani sekundy wkroczył do lasu, na który nakierował go Podróżnik, którego trzymał za kark, prowadząc przed sobą niczym psa na smyczy. Nim zabił tę całą Nelly (sam Stefan uznał, ze to jedyny sposób, by ocalić Elenę) udało im się przełamać barierę i dowiedzieli się od Kath, gdzie mogą znaleźć dziewczynę. Szli przed siebie aż trafili nad brzeg jeziora.
- To tam- Podróżnik wskazał przejrzystą toń- tam jest krater...
- Świetnie, idziesz pierwszy - odparł Damon i ignorując jego protesty popchnął mężczyznę w wyniku czego ten wylądował w wodzie. Sekundę później sam już znajdował się na samym dnie, płynąc w kierunku majaczącej w oddali groty. W tej chwili dziękował Katherine i wszystkim świętym za swój wampiryzm, bo inaczej nie dałby rady przełynąć takiego dystansu a bynajmniej nie żywy. Wpłynął do groty, która okazała się być podziemnym tunelem, by po kilkunastu sekundach wypłynąć w jakiejś tajemniczej jaskini, o której opowiadał mu ten Podróżnik. Rozejrzał się wokół, ale nigdzie nie dostrzegł mężczyzny, który go tu zawiódł.
"Ciekawe, chyba się utopił"- pomyślał bez emocji, po czym jego wzrok padł na kamienny stół, na którym leżała chyba martwa dziewczyna. Dopiero po kilku chwilach zorientował się, że to przecież Elena, jego Elena, cała poraniona i poobijana. Nie musiała nic mówić, wiedział, że potrzebowała krwi. I zamierzał ją jej niezwłocznie dostraczyć, ale najpierw musieli się stąd wydostać. Wampir rozejrzał się, ale nie widząc nikogo natychmiast przypadł do brunetki.
Wyglądała koszmarnie- jej wargi były spierzchnięte, skóra lekko poszarzała od niedostatku promieni słonecznych i pożywienia, włosy z lewej strony oblepiała krew a jej policzki znaczyły ślady rozmazanego tuszu- dowód ilości wylanych przez nią łez. Mimo to wciąż była najpiękniejszą kobietą, jaką widział a jej cierpienie sprawiało mu fizyczny ból. Czule pogładził ją po policzku, roniąc pojedynczą łzę a ona zamrugała kilkukrotnie i uchyliła powieki niepewnie, jakby z obawą. Widząc go podskoczyła gwałtownie, ale po chwili na jej twarzy pojawił się wyraz niewyobrażalnej ulgi.
- Damon- wychrypiała słabo- co ty tu... Musisz uciekać...
- Cii, już nic ci nie grozi- zapewnił ją, próbując wziąć na ręce- obiecuję, zaraz cię stąd zabiorę.
- Nie byłabym taka pewna- usłyszał kobiecy głos za sobą i w tym samym momencie jakaś niewidzialna siła odrzuciła go do tyłu. Upadł na plecy, ale natychmiast podniósł się do pionu, patrząc z niedowierzaniem na dziewczynę, podchodzącą do Eleny z okrutnym uśmiechem na ustach, który tak nie pasował do jej młodej i słodkiej twarzyczki.
- Eleno, wiem, że jesteś młodym wampirem, ale na twoim miejscu założyłbym na twarz papierową torbę z napisem:"największy obciach świata"- zaszydził Damon, ustawiając się w pozycji bojowej- zostać pokonanym przez takie chucherko to naprawdę osiągnięcie.
W tym samym momencie Damon doświadczył zjawiska, które ochrzcił mianem "tętniaka mózgu", upadając na kolana i łapiąc się za głowę. Wrażenie było jednak o wiele silniejsze niż przy  jego dotychczasowych  spotkaniach z czarownicami i wampir czuł, że długo tak nie wytrzyma. Zagryzł wargi aż do krwi, usiłując powstrzymać krzyk a gdzieś w oddali słyszał błagania i nawoływania zrozpaczonej Eleny, która była przerażona jego obecnym stanem. Gdy Damon Salvatore okazuje, że coś go boli znaczy to, że ból jest koszmarny i przeciętny człowiek zapewne straciłby świadomość.
- Zważaj na słowa, nazywając chucherkiem najpotężniejszą czarownicę na ziemi możesz jej się niechący narazić- zakpiła dziewczyna, zwiększając nacisk zaklęcia. Gdy już sądził, że dłużej tego nie zniesie, niespodziewanie wszystko ustało. Potrzebował dobrej minuty, by się pozbierać i stanąć na równe nogi, ale to co ujrzał sprawiło, że omal znów nie osunął się na kolana. Czarownica stała za Eleną, ciągnąc ją za włosy i zmuszając do tego, by przed nią klęknęła a w miejscu, gdzie biło jej serce trzymała długi i naostrzony drewniany kołek. Gdyby wampiry mogły dostawać zawału, Damon dokładnie w tej chwili byłby martwy.
- A teraz grzecznie zrobisz to, co ci każę albo już nigdy nie zobaczysz swojej kochanki- warknęła, ale przy ostatnim słowie przez jej twarz przebiegł cień złośliwego uśmiechu- potrzebuję jej brata i...
- Skąd znasz Jeremiego i do czego on jest ci potrzebny?- przerwał jej wampir, marszcząc brwi podejrzliwie.
- Kolejną zasadą jest twoje milczenie- warknęła dziweczyna, zwiększając nacisk na kołek, który delikatnie przebił skórę Eleny, wydobywając z jej gardła cichutki jęk protestu. Damon momentalnie zamarł wpół gestu a na twarz czarownicy wstąpił uśmiech satysfakcji- tak myślałam. Jeśli cokolwiek zrobisz nie po mojej myśli zabiję ją bez skrupułów na twoich oczach.
- Zginiesz- wysyczał Damon przez zaciśnięte zęby, ale na czarnowłosej to nie zrobilo najmniejszego wrażenia.
- A bo to jeden raz- prychnęła, wywołując jego zdziwienie, co sprawiło, że zachichotała-  a teraz słuchaj uważnie: przyprowadzisz mi tu młodego Gilberta i tę waszą czarownicę a w zamian dostaniesz tę nic nieznaczącą dziewczynkę, która jakimś cudem jest kluczem do łamania wszelkich klątw...
- Nie!- krzyknęła Elena, ale krzyk ten przerodził się w przeciągły jęk, gdy czarownica wbiła jej kołek jeszcze głębiej, sprawiajac jej niewyobrażalny ból.
- Zgoda!- warknął Damon a kobieta wycofała mordercze narzędzie z jej wiotkiego ciała.- ale najpierw oddaj mi ją tutaj- dodał, wyciągając ramiona- nie ufam ci, nie mogę jej zostawić pod twoją kontrolą. Ja wypełnię swoją część umowy, ale co do ciebie dziewczynko mam spore wątpliwości, chyba rozumiesz prawda?- uśmiechnął się czarująco a czarownica odpowiedziała tym samym.
- Oczywiście -potwierdziła, po czym jednym ruchem dłoni sprawiła, że Elena opadła na kamienną posadzkę, wijąc się z bólu- ale ty także rozumiesz, że nie masz wyboru, prawda? Wiem o tobie wszystko, również to, że nie można ci ufać.  Zrobisz co każę, albo pożałujesz.
- Dość!- krzyknął Damon, zrozpaczony patrząc na ukochaną, cierpiącą po raz kolejny. Chciał zaatakować jej oprawczynię, ale okazało się, że nawet nie może ruszyć się z miejsca. Takiej mocy jeszcze nie widział. Już zaczynał tracić nadzieję, gdy niespodziewanie czarownica krzyknęła dojmująco i opadła na ziemię bez życia. Na jej twarzy malował się wyraz głębokiego szoku. Damon patrzył na to oniemiały- przed nim stał Podróżnik, który go tu zaprowadził, ocierając zakrwawone ostrze noża w swoje dżinsowe spodnie. Nim się obejrzał mężczyzna pochylał się nad próbującą podniesć się z ziemi Eleną i bez ostrzeżenia wbił jej nóż głęboko w rękę, wywołując jej kolejny krzyk.
- Co do cholery!- warknął Damon, próbując się do niej dostać, ale okazało się to niemożliwe- mimo śmierci czarownicy jej zaklęcie wciąż działało i on nie mogł przekroczyć niewidzialnej bariery, którą ta ustanowiła. Musiał więc patrzeć, jak Podróżnik zbiera krew ledwo żywej Eleny do fiolek, robiąc coraz to nowe rany na jej ciele gdy poprzednie się zabliźniły.- zabiję cię, jeśli jeszcze raz ją tkniesz!
- Możesz nie mieć okazji, bo jeśli się nie pospieszycie będziesz następną ofiarą tej suki- odparł mężczyzna i gdy fiolki zostały już całkowicie napełnione chwycił Elenę za ramiona i pomógł jej wstać na równe nogi, po czym pchnał ją w jego kierunku- musisz do niego podejść, zaklęcie blokujące działa tylko na niego. Uciekajcie. Uwierzcie mi, ona jest gorsza od nas, Podróżników. To pasożyt. Uciekajcie.
To mówiąc ruszył w drugą stronę, w mrok, zostawiajac ich samym sobie.
Elena niepewnie, chwiejnym krokiem i jakby z obawą ruszyła w jego stronę początkowo zachowując pewien dystans i dozę ostrożności. Gdy jednak upewniła się, że już nic jej nie zatrzyma i nic jej nie grozi, rzuciła się w jego ramiona a on przytulił ją z całej siły, wtulając twarz w jej włosy i gładząc po głowie i plecach uspokajająco.
- Cii, już nic ci nie grozi, jesteś bezpieczna- szeptał czule, ujmując jej twarz w dłonie i oglądając z każdej strony. Przejechał opuszkami palców po jej powiekach, policzkach i wargach po czym znów zamknął w żelaznym uścisku, całując w szyję- chodź, musimy się stąd wydostać i przywrócić cię do porządku.

 ****************

Nie odzywała się całą drogę, dopóki nie zaparkował przed Pensjonatem. Ciężko było mu patrzeć na jej zamyśloną, zmartwioną minę, ale po tym co przeszła nie mógł jej winić. Silnik już dawno zgasł, mimo to  siedzieli w milczeniu niczym posągi zapatrzeni przed siebie  i w końcu Elena wzięła głęboki wdech po czym nacisnęła klamkę.
- Będzie dobrze- powiedział do jej pleców, sprawiając, że zatrzymała się wpół gestu. Czekał na jakąkolwiek reakcję z jej strony, cokolwiek, ale ona chyba postanowiła karać go tą ciszą. Wreszcie, gdy już zaczynał tracić nadzieję ona odwróciła się do niego z poważnym wyrazem twarzy. Jej oczy pełne były smutku, strachu, ale jednocześnie jakiegoś dziwnego zdecydowania i zaciętości a to nigdy nie wróżyło dla niego najlepiej.
- Uratowałeś mnie i za to ci dziękuję- powiedziała sztywno, oficjalnie i aż go zmroziło, gdy usłyszał ten szcególny ten ton w jej głosie- ale to niczego nie naprawi i nie zmieni. Mam dość i jestem już zmęczona, Damon. Wszystko, co tamtego dnia ode mnie usłyszałeś było szczere i jak najbardziej świadome.
Zadrżał na te słowa i głośno przełknął ślinę, ale w ostatniej chwili się opanował i gdy już miała wysiąść z auta przyciągnął ją do siebie, chwytając pod łokieć tak, że niemal stykali się nosami.
- Wszystko, co robiłaś także?- spytał, niemal szeptem, bezwiednie spuszczając wzrok na jej lekko rozchylone wargi. Elena głośno przełknęła ślinę i jakby z obawą również spojrzała na jego usta,  ale gdy  pochylił się na nią jeszcze bardziej opamiętała się i wyrwałwszy się  z jego uścisku wysiadła z samochodu, chwyciła za swoje bagaże i ruszyła w stronę jego rodzinnej posiadłości. Patrzył za nią przez chwilę ze smutkiem po czym w wampirzym tempie dołączył do niej na ganku. Dziewczyna zatrzymała się przed drzwiami, wzięła ostatni uspokajający wdech i weszłą do Pensjonatu.
W środku panowało niemałe zamieszanie. Wszyscy jej przyjaciele, ci, których tak dawno nie widziała, ci, za którymi tak bardzo tęskniła biegali na prawo i lewo wykrzykując jakieś dziwne polecenia i początkowo nawet jej nie zauważyli. To wywołało ciepło, rozchodzące się falami po całym jej ciele i wyciskające łzy wzruszenia z jej czekoladowych oczu. Ten chaos, charmider i hałas mógł oznaczać tylko jedno- nareszcie wróciła do domu.
Nagle wszystko się zatrzymało i każdy zamarł wpół gestu, z miną wyrażającą czysty szok i niedowierzanie i Elena już wiedziała, że teraz nie ma odwrotu- dojdzie do konfrontacji, której tak bardzo się bała. Dziewczyna uśmiechnęła się do nich nieśmiało, ale nikt z obecnych nie odpowiedział jej tym samym- wciąż wpatrywali się w nią, jakby była jakimś nieznanym nauce zjawiskiem kosmicznym  z nieodgadnionym wyrazem twarzy i to sprawiało, że powoli traciła całą pewność siebie. Cieszyli się, byli wściekli czy może już zdążyli ją za to wszystko znienawidzić i teraz marzyli tylko o tym, żeby opuściła ten dom raz na zawsze i dała im wszystkim święty spokój? Nie wiedziała.
Gdy cisza zaczęła przedłużać się w nieskończoność, głośno przełknęła ślinę, niepewnie spoglądając na stojącego obok niej Damona, który niezauważenie skinął głową i posłał jej jeden ze swoich krótkich, pokrzepiających uśmiechów, który był zarezerwowany tylko i wylącznie dla niej.
- Elena...- usłyszała ten ukochany głos-głos Caroline- nim pewna blondwłosa trzpiotka podbiegła do niej w wampirzym tempie i rzuciła jej się na szyję, zamykając w żelaznym uścisku. Czując jej zapach, jej ciepło i słysząc jej szloch tuż przy uchu nie mogła powstrzymać łez, które chwilę potem spłynęły po jej policzkach.
- Och, kocham cię, kocham cię, kocham- szeptała Caro, całując ją raz po raz to we włosy, to w policzek to w szyję- tak bardzo tęskniłam, tęskniłam...
- Ja też- wyszlochała Elena, uśmiechając się przez łzy- Przepraszam. Kocham cię.
- Nigdy więcej tego nie rób- zagroziła blondynka, spoglądając na nią poważnie, a Elena roześmiała się i ochoczo pokiwała głową, całując ją w policzek. Ponad jej ramieniem ujrzała uśmiechniętą od ucha do ucha Bonnie, która również ocierała łzy szczęścia, płynące wartkim nurtem po jej ciemnych policzkach, więc wyciągnęła w jej stronę ręce zachęcająco a mulatka podeszła i po prostu się w nią wtuliła jak w pluszowego misia. Teraz, gdy czuła jej ciepło i zrozumiała, jak wielka tęksnota ją do tej pory tłamsiła wsześniejsze obawy wydały się Elenie wręcz aobsurdalne. Szczęście, jakie czuła w tej chwili było bezcenne- rozpierało ją od środka sprawiając, że miała ochotę latać. Nawet nie zauważyła, kiedy z czułych ramion przyjaciółki przeniosła się w żelazny uścisk brata, który tulił ją do siebie z całej siły jakby bał się, że za moment mu ucieknie. On również płakał, ukrywając twarz w jej włosach, ale to wystarczyło, aby z jej oczu popłynęła kolejna porcja łez. Przez te okropne łzy nie widziała wyraźnie sylwetki Matta, który z szerokim uśmiechem na ustach czekał na swoją kolej. I doczekał się, gdy rzuciła się na niego z radosnym piskiem niemal zwalając go przy tym z nóg. Gdzieś obok pojawił się Tyler, jednak on tylko pochylił się nad nią skladajac na jej ustach krótkiego, przyjacielskiego całusa i czule gładząc po twarzy, ocierając  przy tym wilgotne policzki. Otoczona przyjaciółmi nie mogła powstrzymać radosnych okrzyków, które wręcz rozpierały ją od środka, chcąc się wydostać się na powiechrznię. Jednak  wszystko ustałow momencie,w którym jej oczom ukazał się Stefan Salvatore.
Skrywał się w cieniu, najwyraźniej chcąc dać im chwilę dla siebie. Chyba nie rozumiał, że za nim tęskniła i tęskni w równym stopniu co za swoimi przyjaciółmi. Mimo wszystko nadal był nieodzowną częścią jej życia i jedną z najważniejszych osób. Wciąż go kochała.
Był tak samo przystojny jak go zapamiętała. Ten orli nos, ktory i tak dodawał mu uroku, jasne kosmyki opadające na  szlachetne czoło, które teraz marszczył delikatnie, kwadratowa szęka i te zmysłowe wargi wyginające się w szerokim uśmiechu, jakby jej szczęście sprawiało mu osobistą radość. Gdy ich oczy się spotkały jej serce zabiło szybciej i w końcu Elena nie wytrzymała i jak z procy wyleciała do przodu, wpadając wprost w jego ramiona. Zamknął ją w żelaznym uścisku, napawając się jej zapachem, dotykiem i całując ją w ciemne włosy. Gdzieś za nimi ktoś, chyba Caroline z tą swoją romantyczną naturą, westchnął błogo na co oni tylko zaśmiali się cichutko, spogladając sobie głęboko w oczy.
- Tęskniłam za tobą- szepnęła Elena, ściskając mocno jego dłonie.
- Nie tak bardzo jak ja za tobą- odszepnął Stefan i musnął jej policzek ustami delikatnie, w sposób, który przypominał dotyk skrzydła motyla. Dziewczyna zarumieniła się lekko i zerknęła do tyłu, na wymieniających porozumiewawcze spojrzenia przyjaciół. W pewnej odległości od nich stał Damon, ale gdy tylko ich oczy sie spotkały natychmiast odwróciła wzrok, nie mogąc znieść bólu i rozczarowania, jakie w nich dostrzegła. Chwilę potem usłyszała trzask zamykanych drzwi i wiedziała, że brunet opuścił pomieszczenie. To jedno wystarczyło, żeby emocje całkowicie z niej opadły a wcześniejsza radość gdzieś się ulotniła, jednak pod wpływem podejrzliwego spojrzenia Stefana wymusiła na swojej twarzy uśmiech i ponownie uwiesiła się na jego szyi.
W końcu była całkiem niezłą aktorką.